Dziecko musi pytać, bo tylko tak może odnaleźć się w świecie. Dorośli mają nieograniczony dostęp do wiedzy, a dziecko korzysta z ich pośrednictwa, przynajmniej na początku. To konieczny element rozwoju, którego w żaden sposób nie ominiemy. Jesteśmy więc skazani na całą epokę pytań i odpowiedzi. W jej trakcie wielokrotnie rozboli nas głowa od ilości pytań „dlaczego?”. Możliwe są też przedwczesne siwienie i marzenia o emeryturze na odległej wyspie, bez dzieci. Jak poradzić sobie w trudnym czasie? Jak odpowiadać na dziecięce pytania? Nam w praktyce sprawdziło się kilka sposobów, o których poczytacie niżej.

Czy dziecko robi mi na złość?

W pierwszej kolejności muszę rozprawić się ze szkodliwym mitem na temat małych, kilkuletnich dzieci. Dziecko nie zadaje pytań złośliwie, nawet jeśli w kółko je powtarza albo robi to w niewygodnym dla nas momencie. Małe dzieci, co do zasady, nic nie robią złośliwie bo jeszcze nie wiedzą co to znaczy. To nasza dorosła interpretacja ich zachowania. Robić na złość to robić coś z intencją wywołania przykrych emocji u innej osoby. A po co małe dzieci miałyby dokuczać ukochanym rodzicom? Robienia na złość trzeba się „nauczyć”. Przeciętny przedszkolak jeszcze tego nie potrafi.

Inna sprawa, że dzieci zachowują się „irytująco” bo na przykład testują granice naszej miłości albo szukają sposobu żeby poradzić sobie z trudnymi emocjami. Wtedy robią różne denerwujące nas rzeczy jak np. zadawanie serii pytań, kiedy siedzimy w toalecie. I czasami będzie chodziło o uzyskanie odpowiedzi, a czasami o zaspokojenie potrzeby bycia blisko. Czasami też o to, aby zwrócić na siebie uwagę. Szczególnie jeżeli dziecko odkryło, że seria pytań na tyle wyprowadza nas z równowagi, że przerywamy nasze zajęcie i skupiamy się na nim. Natomiast myślenie, że dziecko jest złośliwe nikomu nie pomaga. Sprawia jedynie, że nakręcamy w sobie złość.

Dziecięce pytania a emocje rodzica

Dziecięce pytania to nie jakiś perfidny test na cierpliwość. To oznaka, że dziecko czuje się przy nas bezpiecznie. Wie, że nie zostanie odprawione z kwitkiem ani wyśmiane. Nie ma co winić dziecka za jego potrzebę wiedzy. Każda maszynowa seria pytań, jaką wytrzymujemy, służy budowaniu wzajemnej relacji. Dziecko wtedy czuje, że jest ważne. A takiego poczucia potrzebują wszyscy. Pierwszym krokiem do radzenia sobie z pytaniami dziecka jest więc opanowanie własnych emocji – pełni złości nie wykorzystamy żadnego z proponowanych niżej sposobów.

Jak nie odpowiadać na dziecięce pytania?

Nie każda odpowiedź tak samo przysłuży się rozwojowi dziecka. Niektóre nie są zbyt trafne. A niektóre służą innym celom niż edukacja np. mają zapewnić święty spokój rodzicom. Jakich błędów nie popełniać i czego raczej nie robić? Oto kilka przykładów:

  1. Odprawianie z kwitkiem – „nie zawracaj mi głowy”, „nie teraz”, „zaraz” a czasami ponure milczenie pełne nadziei, że dziecko samo zrezygnuje z mówienia do nas. Jeżeli naprawdę nie możesz lub nie chcesz w tej chwili rozmawiać z dzieckiem to umówcie się, że odpowiesz później. Wskaż konkretnie kiedy np. jak skończysz pracować. Inaczej ryzykujesz, że za 2 minuty dziecko wróci do ciebie z tym samym pytaniem. Bo dla niego „zaraz” już minęło. Ty się zirytujesz, a dziecko nadal będzie niecierpliwie czekać na odpowiedź. Wyobraź sobie, że ugryzł cię komar ale nie możesz się podrapać, chociaż bardzo swędzi. Mniej więcej tak mocna jest potrzeba poznania odpowiedzi na interesujące dziecko pytanie. Pamiętajmy, że małe dziecko nie zrozumie po tonie głosu, warknięciu czy postawie ciała, że to nie jest odpowiedni moment na rozmowę. Wyczuje, że rodzic się denerwuje, ale nie zniechęci go to na długo w misji uzyskania odpowiedzi.
  2. Fantazjowanie – kiedy dziecko pyta się skąd bierze się deszcz to oszczędźmy mu historii o smutnych aniołkach płaczących nad grzechami krnąbrnych dzieci (taką wersję usłyszałam kiedyś od pewnej babci na placu zabaw). Uciekanie rodziców w fantazję uruchamia się szczególnie przy „trudnych” tematach. Przepadam za rolniczą tezą o dzieciach znalezionych w kapuście. Szczególnie opowiadaną miejskim dzieciom, które nigdy nie widziały pola uprawnego. Niewiele ustępuje jej historia dzieci dostarczanych przez bocianią pocztę. Chociaż w niej może tkwić ziarnko prawdy, bo podobno historia wielu ciąż zaczyna się od wizyty listonosza 😉. Niektórzy rodzice (albo częściej babcie i dziadkowie?) próbują zastraszyć dziecko „na bajkowo”. Po niektóre niegrzeczne dzieci przychodzi Baba Jaga albo inny dziad. Niektórym mają wyrosnąć włosy między palcami, jak będą dotykały miejsc intymnych. To tylko kilka przykładów ludzkiej pomysłowości. Według mnie takie historie nie przynoszą nic dobrego – dziecko na chwilę uwierzy, ale niedługo potem dowie się, że jest inaczej. Z telewizji czy książki albo od rówieśników. Istnieje ryzyko, że poczuje się oszukane i drugi raz nie zapyta rodzica np. o kwestie rozmnażania. Ale czy istnieją złe i dobre bajki? Czy zapylanie przez motylki jest słabe a wiara w świętego Mikołaja i wróżkę Zębuszkę jest ok? Każdy musi sobie na to pytanie sam odpowiedzieć, biorąc pod uwagę możliwe konsekwencje odkrycia prawdy przez dziecko. Ja osobiście mocno rozczarowałam się w kwestii Mikołaja i prezentów. Poczułam się zrobiona w przysłowiowego konia. Nie chcę tego samego fundować dzieciakom. Wiem, że na wszystkie dziecięce pytania znajdzie się odpowiedź dopasowana do wieku, trzeba tylko trochę się wysilić.
  3. Skok w dorosłość – z drugiej strony jeśli kilkulatek zainteresuje się położeniem serca, nie trzeba od razu puszczać mu „Bogów”. Może kiepsko znieść sceny, w których serce wyjmuje się z jednego ciała i przekłada do drugiego. Wiedza dostarczana dziecku ma przynieść nowe informacje i słowa. Ale nie powinniśmy od razu przeskakiwać kilku etapów rozwoju i podawać danych na poziomie liceum. Zarzucenie małego dziecka szczegółami o komorach serca, tętnicach i aortach sprawi, że poczuje się zagubione. Może się zniechęcić do zadawania kolejnych pytań, skoro i tak nic nie rozumie z odpowiedzi. Dzieci zasługują na wiedzę o świecie zgodną z rzeczywistością, ale jednocześnie dostosowaną do ich rozwoju. I najlepiej podawać ją stopniowo.
  4. Uporczywe zniechęcanie – „a po co ci to wiedzieć?”, „jesteś za mały na takie pytania”, „dlaczego o to pytasz?”. Dzięki tym wybiegom chcemy uniknąć odpowiedzi na trudne dziecięce pytania. Liczymy na to, że dziecko samo zrozumie, że poruszyło niezręczny temat. Jednak dla dziecka nie ma tematów tabu, o ile sami ich nie stworzymy. Jeżeli zbudowaliśmy swobodną i bezpieczną atmosferę do rozmów to na pewno usłyszymy pytania o to dlaczego niektórzy ludzie są grubi i starzy a inni brzydko pachną. Będziemy musieli zmierzyć się z tematami rozmnażania oraz intymnych części ciała i ich funkcji. Jeżeli uznamy, że kilkulatek nie powinien interesować się „takimi” tematami to sprawimy, że ten obszar wiedzy stanie się zawstydzający, niedostępny i zły. Nie wróży to dobrze dla traktowania w przyszłości np. spraw ciała jako naturalnych. Nasza niechęć do poruszania określonych tematów może zablokować dziecko w poszukiwaniu wiedzy na długie lata. Dlatego warto zastanowić się, jakie tematy nam samym sprawiają trudność, bo prawdopodobnie ciężko nam będzie o nich swobodnie rozmawiać z dziećmi. Rozmowa z dzieckiem to świetna okazja do pokonania własnych oporów w tym obszarze.

Czy mogę nie znać odpowiedzi?

Dziecko zakłada, że rodzice znają odpowiedzi na wszystkie pytania. W końcu to oni od pierwszego dnia życia pokazują i wyjaśniają mu świat. Jednak co robić w sytuacji, gdy nie wiemy co powiedzieć dziecku? Bo nie mamy prostych odpowiedzi na takie dziecięce pytania jak „dlaczego samoloty nie spadają?” albo „jak krowa z trawy robi mleko?”. Pocieszę was – nie, nie musicie znać od razu odpowiedzi na wszystkie pytania. Oczywiście, możecie ukradkiem zerknąć do Wikipedii i udawać wszystkowiedzącą mamę lub tatę. Tylko komu jest to potrzebne – dorosłym czy dziecku? Może lepiej przyznać się do niewiedzy i wspólnie z dzieckiem poszukać odpowiedzi? Szukanie informacji może być świetną zabawą, szczególnie jak robi się to wspólnie. To banał, ale nikt nie wie wszystkiego (chociaż niektórzy się z tym nie zgodzą) – i to też trzeba przekazać dziecku.

Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa z niewiedzą rodziców. Czasami może ona doprowadzić kilkulatka do szału. Zauważyłam, że w pewnych sytuacjach Młoda spokojnie przyjmuje moje „nie znam odpowiedzi na to pytanie” i razem wesoło wertujemy książki. Ale czasami moje „nie wiem” doprowadza ją do histerii. Złości się i naciska, że na pewno wiem i mam jej odpowiedzieć. Zaczęłam podejrzewać, że musi kryć się za tym coś więcej niż tylko potrzeba wiedzy. Zazwyczaj dzieje się tak, gdy jest zmęczona, coś ją boli lub czegoś nie udało jej się zrobić. Ma tak zwany „gorszy moment”. Wtedy potrzebuje, żeby jej rodzice byli na chwilę w 100% skuteczni i perfekcyjni. Bo jeżeli rodzice mogą odpowiedzieć na pytanie dziecka to wiedzą wszystko. A to daje poczucie bezpieczeństwa. Zatem odpowiadając „nie wiem” kilkulatkowi robicie to na własne ryzyko 😉

Gdzie szukać odpowiedzi na dziecięce pytania?

dziecko przy komputerze

Zapewne w wielu przypadkach Internet jest pierwszym wyborem przy szukaniu odpowiedzi. Nie ma w tym nic złego, o ile jest metodą pomocniczą i nie zastępuje kontaktu z rodzicem. Jest jeszcze kilka sprawdzonych źródeł informacji, z których korzystanie przynosi dodatkowe korzyści:

  1. Drugi rodzic – jeżeli wiesz, że twój partner na czymś dobrze się zna i przypuszczasz, że lepiej wytłumaczy to waszemu szkrabowi, możesz zachęcić dziecko aby zadało swoje pytanie jej/jemu. Możesz skorzystać z triku, jaki stosuję z Młodą – mówię „ja nie znam odpowiedzi na twoje pytanie, ale myślę, że tata sobie z nim poradzi. Jak się dowiesz, to wróć do mnie i mi opowiedz czego się dowiedziałaś. Jestem bardzo ciekawa jak to jest”. Młoda jest na takim etapie, że wszystko wszystkim lubi tłumaczyć, więc takie rozwiązanie sprawia jej frajdę. Uwaga – ta metoda nie działa jako „spychologia” tzn. nie odsyłamy dziecka do drugiego rodzica, który też nie będzie znał odpowiedzi. To do ciebie pociecha zwróciła się z pytaniem, więc jesteś tak jakby odpowiedzialny za pomoc w ustaleniu odpowiedzi.
  2. Rodzina i znajomi – jeżeli brakuje ci pretekstu, aby zadzwonić do dawno niewidzianych znajomych lub członków rodziny, wystarczy odpowiednie pytanie od dziecka! Wujek jest zapalonym ogrodnikiem? Dzwonimy do niego z pytaniami o rośliny. Znajomi podróżują po świecie? Może zmierzą się z pytaniem geograficznym. Jest to więc, metoda z kategorii „przyjemne z pożytecznym” – dziecko uzyska odpowiedź a wy pogadacie z bliskimi.
  3. Książki – mi trafił się mól książkowy. Młoda uwielbia oglądać książki i słuchać opowieści. A mi łatwiej pokazać na obrazkach pory roku albo gatunki ptaków, niż o nich opowiadać. Młoda ma w biblioteczce kilkadziesiąt książek, w tym ilustrowaną encyklopedię dla dzieci. W którejś z nich zazwyczaj znajduję odpowiedzi na jej dziecięce pytania. I wiem, że cała nasza kolekcja jest w Internecie. Nic nie poradzę na to, że sama kocham książki i premedytacją zarażam Młodą czytelnictwem. Wolę, żeby była przygotowana na okoliczność światowego kryzysu energetycznego i powrotu do epoki bez prądu.
  4. Media XXI wieku – jakiekolwiek mamy podejście do wykorzystywania Internetu w naszym życiu nie zmienimy tego, że dla naszych dzieci będzie to środowisko naturalne. Uważam, że warto uczyć od młodości rozsądnego oglądania telewizji i korzystania z sieci. A także tego, w jaki sposób mądrze szukać informacji. Niemniej warto korzystać także z wcześniej wspomnianych źródeł wiedzy, żeby nie ograniczać poszukiwań wyłącznie do komputera. Z Młodą mieliśmy starcia o mycie zębów. Niespecjalnie za tym przepadała a argumenty zdrowotne nie działały. Wizyta u dentysty też nie przyniosła rewolucji. Na chwilę pomagała zabawa w gonienie szczoteczką zębowego krasnoludka. Jednak to nie budowało w Młodej chęci samodzielnego mycia zębów. Dopiero po wspólnym obejrzeniu bajki o atakujących szkliwo bakteriach Młoda przystała na mycie. Animowane bakterie i cukrowe stworki tym razem pomogły.

4 sprawdzone sposoby radzenia sobie z pytaniami

Ciągła gra w dziecięce pytania i odpowiedzi każdego może przyprawić o ból głowy. Dlatego warto czasem przełamać rutynę i wprowadzić do rozmowy nowe elementy. Mam kilka sprawdzonych sposobów na radzenie sobie z natłokiem pytań przedszkolaka:

#1 „A jak myślisz?

Zabawa w „A jak myślisz?” była dla mnie wielkim odkryciem. Zasada jest prosta – kiedy dziecko wielokrotnie zadaje to samo pytanie, chociaż już usłyszało odpowiedź – odbijamy piłeczkę. Pytamy „A jak myślisz?”. Możecie zostać zaskoczeni tym, jak wiele rzeczy dziecko już zapamiętało. I bardzo chętnie wytłumaczy wam kilka zawiłości tego świata. U nas ostatnio odbył się mniej więcej taki dialog:

-„Mamo, mogę cukierka?”
-„Możesz zjeść cukierek, jak zjesz śniadanie”
-„Czyli mogę?”
-„Tak, po śniadaniu”
-„A teraz mogę?”
-„Nie, nie możesz”
-„A dlaczego?”
-„Bo słodycze jemy po posiłkach”
-„Czyli teraz nie mogę?”
-„Nie, nie możesz”
-„Mamo, a dlaczego nie mogę zjeść cukierka?”
-„A jak myślisz?”
-„Bo nie zjadłam śniadania”
-„Zgadza się”
-„To zrobimy śniadanie i jak zjem kawałek bułki to będę mogła zjeść kawałek cukierka, ok?”

Nie dość, że zakodowała zasadę, że słodycze jemy po posiłkach, to jeszcze zaproponowała swoje rozumienie reguły. Dzieci, podobnie jak dorośli, lubią czuć się kompetentne. Są szczęśliwe, kiedy mogą pochwalić się swoją wiedzą. A chwalenie się przed rodzicami to największa frajda.

#2 „Jak? Dlaczego? Po co?”

Czy sami zadajecie dziecku pytanie „dlaczego?”. Naprawdę warto to od czasu do czasu zrobić.Takie pytania jak: „dlaczego”, „jak”, „po co” zadane w drugą stronę rozszerzają perspektywę dziecka. Pomagają mu uporządkować wiedzę. Jeżeli dziecko odpowie „nie wiem” to nic złego się nie dzieje, ma do tego prawo. A jeżeli odpowie zgodnie ze swoją wiedzą – wzmocni przekonanie o własnej skuteczności. U nas najlepiej to działa kiedy Młoda przybiega i podekscytowana o czymś opowiada np. o budowli z klocków. Dopytuję ją do czego jest ta część a do czego tamta. Bardzo często jestem zaskoczona jak bogate opowieści może snuć trzylatka.

pytania

Pułapka pytania „dlaczego?”

W tej metodzie tkwi jedna pułapka. Dzieci najczęściej nie lubią pytań „dlaczego” kierowanych do nich. Z czego to wynika? Ano z tego, że dorośli mocno zepsuli to niewinne pytanie. Używają go głównie w okolicznościach „złych” zdarzeń – kiedy dziecko posmarowało krzesła masłem lub zniszczyło jakiś ważny przedmiot. Więcej o pułapce pytania „dlaczego to zrobiłeś?” napiszę później.

#3 Zła odpowiedź i fantazja

Teraz spróbuję Was zachęcić żebyście się czasem pomylili albo pozmyślali. Odpowiedzcie źle na dziecięce pytania. Albo wymyślcie odpowiedź „z kosmosu”. Zatem jeżeli przypuszczacie, że dziecko wie, jaka jest odpowiedź – udzielcie zupełnie innej. Dlatego nasze dialogi z Młodą wyglądają czasami tak:

-„Dlaczego ludzie nie latają jak ptaki?
-„Bo trzeba kupić skrzydła w specjalnym sklepie”
-„Wcale nie, ludzie nie latają bo nie mają skrzydeł. I nie ma takich sklepów. Wymyślasz mama” (wypowiedziane pouczającym tonem z pobłażliwą miną).

Młoda bardzo lubi tłumaczyć innym co robią nie tak, a ja daję się przyłapać na pomyłkach, złych odpowiedziach i zmyślonych historiach. Niech mnie poprawia. Najlepszą metodą nauki jest uczenie innych. Nie popadajcie tylko z wymyślaniem w takie skrajności jak pewien internetowy tata. Nauczył swoje dzieci kolorów – ale je pozamieniał. Chyba miało być śmiesznie… To historia z Internetu, nie wiem czy prawdziwa, ale pokazuje czego zdecydowanie nie robić.

#4 Wyprzedzanie

Oto nasza koronna metoda. Jest prosta i polega na tym, żeby wyprzedzić pytanie. Więc opowiadam Młodej jak najwięcej o tym co nas otacza, dlaczego kwiaty potrzebują żeby je podlewać a ludzie czasami się kłócą. Jednak najważniejsze zastosowanie tej metody polega na tłumaczeniu moich oczekiwań wobec niej. Kiedy mówię, żeby nie wieszała się na meblach to tłumaczę, że mogą na nią spaść. Kiedy wychodzimy do przedszkola i ma się ubrać to tłumaczę, że to dlatego żeby się nie spóźnić.

Jednocześnie nie oczekuję, że przedszkolak w pełni zrozumie moje oczekiwania. Jeszcze sporo czasu minie zanim zacznie myśleć o konsekwencjach swoich działań. Problem spóźniania się jest przecież dla trzylatka zupełnie abstrakcyjny. Zupełnie jak wyobrażenie spadającej na głowę szafki. Nie mówię też tego, aby potem z mściwą satysfakcją wysyczeć „a nie mówiłam?”. Mówię to, bo uważam, że dziecku, tak samo jak dorosłemu, należy się wyjaśnienie dlaczego ma coś robić a czegoś innego nie. Nie zależy mi na tym, aby Młoda bezmyślnie wypełniała polecenia. Ma wiedzieć dlaczego to, o co proszę jest ważne. Na razie daje nam to całkiem przyjemne efekty – polecenia z uzasadnieniem dużo częściej działają za pierwszym razem.

Podsumowanie

Na koniec wyobraźcie sobie, że znaleźliście się na wykładzie z zaawansowanej fizyki kwantowej (osoby, które ukończyły ten fakultet proszone są o wyobrażenie sobie, że są na prelekcji na temat antropologii filozoficznej). Jest to dla Was zupełnie nowa dziedzina, ale możecie zadawać pytania prowadzącemu. Czy wystarczy, że odpowie on raz na pytania i wszystko złapiecie w lot? Zapewne nie. Trzeba po kawałeczku zbierać wiedzę i po swojemu ją łączyć. Tak właśnie czuje się wobec świata wasz kilkulatek.                  

Zapraszam do przeczytania pierwszej części materiału o pytaniach: Dlaczego dzieci zadają pytania?