Obierając kierunek podróży zawsze ciągnęło nas na wschód. Wiele lat temu, jeszcze bez dzieci, udało nam się odwiedzić cudowny Krym. Ale potem, dla wygody, wybieraliśmy podczas wojaży stronę zachodzącego słońca. Tym razem, w towarzystwie trzylatki, postanowiliśmy wrócić do starej fascynacji i zrobić tygodniowy rekonesans w Gruzji. Szczególnie, że trafiła się promocja na marcowe bilety. Jak wyglądała nasza przygoda w Gruzji z dzieckiem? Jakie niebezpieczeństwa na nas czekały? I jakie atrakcje? Oto relacja z wypadu Gruzja 2019.

„Konduktorze łaskawy, zabierz nas do Warszawy…”

W Szczecinie mawiamy, że stąd jest wszędzie daleko. Mały wybór lotów i kiepskie połączenia kolejowe nie ułatwiają planowania podróży. Decydując się na Gruzję rozpatrywaliśmy dwie opcje przylotu – do Kutaisi albo do Tbilisi (stolicy). Zdecydowaliśmy się na lot do Kutaisi, chociaż Internet donosił, że miasto jest brzydkie, a wręcz paskudne. Jednak, jako rodowita szczecinianka, od zawsze chciałam zobaczyć nadmorskie Batumi, do którego łatwiej dostać się z Kutaisi. Mój sentyment wiąże się z piosenką uwielbianą w dzieciństwie, w której szczecińskie Filipinki śpiewały o herbacianych polach Batumi:

Do Kutaisi można się dostać z kilku miast w Polsce. Nam, pod względem ceny i terminów, pasował lot z Warszawy. Do stolicy dostaliśmy się pociągiem, co w naszym przypadku oznacza ponad siedmiogodzinną podróż. Jadąc PKP z dzieckiem warto pamiętać o opcji Biletu Rodzinnego. Podróżując w grupie 2-5 osób, w tym z minimum 1 dzieckiem do 16 roku życia, możemy liczyć na 30% zniżki na biletach. Jeżeli więc nie korzystamy np. ze zniżki za zakup biletu z wyprzedzeniem (10%-30%), to warto skorzystać z opcji rodzinnej. Na dodatek Młoda załapała się na 100% zniżki dla dziecka do lat 4.

Jest jeszcze jedna możliwość warta rozważenia przy zakupie biletu PKP. Po wyborze połączenia na stronie https://www.intercity.pl/pl/ w polu „Rodzaj miejsca” możemy wybrać „Przedział dla osoby z dzieckiem do lat 6”. W ten sposób trafimy do przedziału razem z innymi opiekunami i dziećmi (sami wybierzcie, czy jest to plus czy minus). Innych różnic nie ma – przedział wygląda tak samo jak standardowy. W Internecie napotkamy na różne doniesienia – czy można zarezerwować go tylko dla jednego czy dla wielu opiekunów. Ja jednak bez problemu zaznaczyłam tę opcję przy kupnie biletu dla dziecka i dwóch osób dorosłych, jednocześnie z biletem rodzinnym. Inna sprawa, że pociąg, jaki podstawiono miał zmieniony skład i… nie było tam wagonu rodzinnego. Ot, codzienność PKP. Oczywiście obie powyższe opcje można zamówić przy kupnie biletu w kasie.

Przeżyć podróż

To była pierwsza tak długa podróż Młodej pociągiem. Szybko wyszło na jaw, że przesuwające się monotonnie krajobrazy interesują ją tylko na krótką chwilę. Od tej pory uważam, że pociągi z przedszkolakami powinny jeździć jedynie przez pola, na których pasą się krowy i konie. Na dodatek, pomimo pobudki o godzinie 5 rano, Młoda nie zasnęła ani razu przez całą drogę do Warszawy.

W podróż nie zabieramy wielu przymiotów, więc dysponowaliśmy minimalnym zestawem rozrywkowym dla malucha. Składa się na niego:

  • Książeczka z zagadkami – to nasz hit. Po obu stronach kartek są zamieszczone ilustrowane pytania i łamigłówki. Po rozwiązaniu wszystkich można wymyślać własne opowieści różnej treści. A w ostateczności pomalować kredkami. Dlatego taką książeczkę staram się mieć zawsze przy sobie, szczególnie w miejscach, w których może zabraknąć rozrywek dla kilkulatka. Do zakupienia np. w Empiku jako fiszki.
  • Kolorowanka z labiryntami i naklejkami (+ kilka kredek i ołówek) – jak trafi się w odpowiednią „trudność” to takie małe cuda zapewniają chwilę spokoju dla rodziców. Z tego powodu lepiej nie przesadzać z poziomem skomplikowania książeczki – bo co chwilę będziemy proszeni o pomoc w przejściu jakiegoś labiryntu.
  • Miękka piłeczka do rzucania – na niektórych odcinkach jechaliśmy sami w przedziale, więc wykorzystaliśmy wtedy naszą nieco ogryzioną pomarańczę z pianki. W pociągu można po prostu rzucać do siebie lub trafiać do celu np. do buta. Można też bawić się w przekazywanie piłki na czas albo wyznaczanie zadań. Mając coś bezpiecznego do rzucania możliwości jest wiele. Oczywiście przy pełnym obłożeniu nie ryzykowałabym rzucania czymkolwiek, bo na pewno ucierpiałby któryś z pasażerów.
  • Tablet z kilkoma ściągniętymi bajkami i grą edukacyjną – Młoda pierwszy raz w życiu miała okazję pograć w gry. Spodobały jej się zabawy w gotowanie, dopasowywanie kształtów i szukanie różnic. Przyjęliśmy jednak zasadę, że będziemy grać maksymalnie 30 minut dziennie i konsekwentnie się tego trzymaliśmy.
fiszki dla malucha
Zabawy dla malucha

Przelot Warszawa-Gruzja

Do Warszawy dotarliśmy wczesnym popołudniem. Zabraliśmy Młodą do Pałacu Kultury, na spacer, plac zabaw i obiad. Po kilku godzinach siedzenia w pociągu wszystkim przydało się trochę ruchu na powietrzu. Walizkę zostawiliśmy w dworcowej przechowalni i tu mała uwaga – ma ona kilka przerw w działaniu w ciągu dnia. Zrobiłam zdjęcie godzin pracy, ale potem kompletnie o tym zapomniałam. Oczywiście wieczorem, przed wyjazdem na lotnisko, trafiliśmy dokładnie w środek przerwy. Udało się nam jednak wynegocjować odbiór bagażu. Reprymendę obsługi przyjęliśmy z pokorą.

przerwy w działaniu przechowalni bagażu PKP Warszawa Centralna
Przerwy w działaniu przechowalni bagażu PKP Warszawa Centralna

Lot z Warszawy startował o 21:40. Bilety kupowaliśmy w lutym przez pośrednika – eSky, wychodziło taniej niż bezpośrednio w Wizz Air. Za trzy bilety w obie strony, w tym jeden duży bagaż, zapłaciliśmy nieco ponad 1000 zł. Przewoźnik przypisuje miejsce dla dziecka obok jednego z dorosłych. Jeżeli chcemy wykupić rezerwację miejsc to najlepiej zrobić to od razu przy kupnie biletu. Potem ta opcja staje się bardzo droga.

Różnica czasu

Lot Warszawa-Kutaisi trwa 3 godziny i 15 minut. Różnica czasu w Gruzji to +2, więc w sumie dolecieliśmy na miejsce ok. 4 rano czasu lokalnego. Do Gruzji leci się więc 5 godzin, a wraca tylko godzinę 😉 Na lotnisku w Kutaisi panuje lekka aura podejrzliwości. Miejscowi odlatujący w świat, mają dokładnie przeszukiwane bagaże podręczne. A kiedy mój mąż za długo patrzył na pracowników odprawy to kazali mu odwrócić wzrok. W każdym razie na lotnisku dostępna jest kawiarnia i sklep – tam nikt podejrzliwie nie patrzył.

Młoda zasnęła już w drodze na lotnisko. Jakoś udało jej się przespać zarówno odprawę i lot, jak również drogę do hotelu. Dojazd do Kutaisi trwa około 40 minut. Przez cały czas kierowca usilnie namawiał nas na wycieczkę w ten sam dzień. Przecież co to za problem położyć się o 5 rano i wstać rześko o 8, szczególnie z trzyletnim dzieckiem? Od razu przypomnieliśmy sobie, ile asertywności potrzeba żeby przetrwać za wschodnią granicą.

Hotel

Mieliśmy rezerwację w hotelu Edemi, zakładaną wcześniej przez Booking. Hotel zapewnia transfer z lotniska i na lotnisko. Jest on wliczony w cenę noclegu, który wynosi ok. 100 PLN za noc ze śniadaniem. Od razu po założeniu rezerwacji odezwał się nas mailowo (po angielsku) właściciel, który wypytał o godzinę i numer lotu. Zapewnił, że ktoś odbierze nas z lotniska. Wysłał nawet zdjęcie kierowcy, zapewne dlatego żebyśmy nie zostali przechwyceni przez konkurencję czyhającą na lotnisku. Niemniej dzięki temu byliśmy spokojni, że ktoś o nas pamięta.

Hotel jest bardzo popularny w Kutaisi i cały czas miał obłożenie. Właściciel i kierownik barwnie opowiadają o historii obiektu, jak też służą informacją o mieście i okolicy. Co ważne, pośredniczą także w organizowaniu wycieczek (ekskursji). Dodatkowym atutem jest to, że w hotelu dogadacie się zarówno po rosyjsku, jak i po angielsku. Mój mąż radzi sobie lepiej z rosyjskim, a ja z angielskim, więc generalnie dawaliśmy radę z komunikacją. Miejsca w hotelu jest sporo – a nam zależało, aby mieć duży pokój z osobnym łóżkiem dla Młodej. Braliśmy pod uwagę zmienność pogody, bo nie chcieliśmy w razie ulewy gnieść się w małej klitce.

Styl Edemi

Wystrój hotelu robi wrażenie od wejścia. Jest nieskromnie i „na bogato” w wydaniu wschodnim. Wszędzie położone są tapety ze złotymi ornamentami. Na ścianach królują dekory z gipsu, często podklejone kolorowym oświetleniem LED. Króluje tu przepych, po którym z arystokratycznym spokojem maszerują mrówki. Tu coś odpada, tam trzyma się na taśmę a powietrze jest nieco zatęchłe, ale hotel, jak na te rejony, ma naprawdę wysoki standard. Właściciele są z pewnością dumni ze swojego przybytku, a klimat jaki stworzyli pozwala odczuć pełną energii wschodnią gościnność. A propos mrówek – będąc w II trymestrze ciąży wolałam ich ciche towarzystwo niż traktowanie pokoju miejscową chemią.

hotel Edemi
Hotel Edemi

Śniadania w Edemi były fantastyczne. Zawsze było coś na ciepło a do tego pieczywo, sery, wędliny i dżemy. Właściciele nie zapominają też o świeżych warzywach i owocach. Ja zajadałam się solankowym serem, podczas gdy Młoda wcinała omlety i jogurty. W domu zawsze na śniadanie wypijała szklankę mleka, ale w Gruzji nie tknęła go ani razu – nie pasował jej smak, chociaż nie mieliśmy wrażenia, żeby odbiegał od naszego. Godziny śniadania można ustalić, co przydaje się jeśli planujemy dłuższe wycieczki.

Hotel z pewnością jest dobrym wyborem do przyjazdu z dzieckiem. W kuchni zawsze ktoś jest obecny, więc nie ma problemu z podgrzaniem posiłku czy wody. W pokoju jest lodówka, dzięki czemu można zaopatrzyć się w swoje zapasy. Internet działa sprawnie. Jest też wystarczająco czysto (nie licząc mrówek np. ręczniki mieliśmy wymieniane co drugi dzień. Obsługa jest miła i pomocna, do tego stopnia, że musieliśmy uważać, aby Młoda nie dostawała ciastek przy okazji każdego zejścia do kuchni. Z hotelu do centrum miasta idzie się z górki jakieś 15 minut, zaś pod górę można się wdrapać w 20 (w zależności od tego, ile chinkali zjadło się wcześniej).

Kutaisi

Kutaisi, jak cała Gruzja, to dla mnie zestaw kontrastów. Rozpadające się posowieckie budynki opierają się o nowoczesne gmachy banków i centra handlowe. W środku miasta złota fontanna konkuruje z McDonaldem o to, które jest ważniejsze. Rwąca rzeka Rioni, tak piękna na zdjęciach, z bliska okazuje się wielkim wysypiskiem śmieci. Smutny widok zaniedbanych dzielnic kontrastuje z zapierającymi oddech masywami górskimi na horyzoncie. Wisienką na torcie są wesołe miasteczka – kolorowe, ale zardzewiałe i skrzypiące. Wręcz wyśmienite do nakręcenia horroru z udziałem klaunów (tych ze złej części rodziny). A jednak w Kutaisi spędziliśmy naprawdę miłe chwile.

rzeka Rioni
Rzeka Rioni

Miasto, zgodnie z powszechną opinią, nie jest najładniejsze. My jednak nastawiamy się zazwyczaj na spacerowanie bez planu i spontaniczne zaglądanie w różne miejsca. Dzięki temu trafiamy nie tylko na najważniejsze zabytki, ale też na spokojne uliczki z tradycyjną architekturą, mniej popularne parki, murale – czyli na to, co tworzy klimat miasta. Staramy się też, żeby podróżowanie nie kojarzyło się Młodej z presją zobaczenia wszystkiego, co opisano w przewodniku. Zrezygnowaliśmy więc z wizyt w muzeum na rzecz wspinaczki po kamiennych murkach, co sprawiło jej większą frajdę.

mural w Kutaisi
Mural w Kutaisi

Poniżej opiszę kilka miejsc, które warto zobaczyć w Kutaisi. Lista na pewno nie jest pełna, ale zawiera te atrakcje, które udało nam się osobiście odwiedzić.

Fontanna Kolchidy

Fontanna znajduje się na centralnym placu miasta. Składają się na nią pozłacane rzeźby zwierząt, które odwzorowują małe figurki znalezione podczas wykopalisk archeologicznych w Gruzji. Jest to godna uwagi atrakcja, szczególnie przyjemna dla dziecka. Fontannę warto zobaczyć nie tylko w dzień, ale i oświetloną wieczorem – Gruzini z rozmachem przygotowują miejskie iluminacje. Fontannę okala droga, ale na próżno szukać tu przejścia dla pieszych. To świetne miejsce dla osób poszukujących adrenaliny, ponieważ samochody jeżdżą szybko i jak chcą, w obie strony. Dojście do fontanny wygląda dokładnie tak, jak w grze z mojego dzieciństwa – Frogger:

Dojście do fontanny
Frogger – tak idzie się do fontanny
Fontanna Kolchidy
Fontanna Kolchidy

Park – Bulwar

Zalesiony park przylega do placu z Fontanną Kolchidy. Można w nim obejrzeć rzeźby różnych historycznych postaci. W parku wynajmiemy małe samochodziki dla dziecka i kupimy kolorowe gadżety oraz słodycze. Znajdziemy też toaletę miejską, ale jest to opcja dla odważnych lub zdesperowanych. Co ciekawe, w parku trafiliśmy na jedne z niewielu widocznych dzieci w mieście. Spacerując po Kutaisi prawie nigdzie nie spotykaliśmy małych dzieci. Podpytaliśmy o to w hotelu i okazało się, że w Kutaisi wychodzi się z nimi na spacer dopiero wieczorem. Latem jest tu bardzo gorąco, ale Gruzini z przyzwyczajenia wychodzą później przez cały rok.

Park Kutaisi

Katedra Bagrati

Katedra Bagrati to bez wątpienia świetne miejsce na spacer. Idąc od strony centrum trafiamy na ulicę Tsminda Nino i most z łańcuchami. Tuż przed mostem znajduje się niewielki plac zabaw, jedyny jaki znaleźliśmy w mieście. Zaraz za mostem skręcamy w lewo pod górę, gdzie po chwili trafiamy na strome schody. Po paru minutach wdrapujemy się na szczyt i wychodzimy prosto na Katedrę. Ogrodzony teren jest spory, obejmuje stare mury i budynek Bagrati, który w ostatnich latach wzbudził mocne kontrowersje. Katedra była do 2017 r. umieszczona na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Straciła tę pozycję, kiedy Gruzini odbudowali ruiny po swojemu, ignorując apele o zachowanie ich pierwotnego wyglądu.

Bagrati panorama
Bagrati panorama

Ze wzgórza katedralnego widać sporą część miasta, z przecinającą je rzeką Rioni. Dodatkowo, przy ładnej pogodzie, nad Kutaisi, widać ośnieżone łańcuchy gór. Ruiny murów i trawnik służą za miejsce pikników lokalnej młodzieży (czyli, że młodzi ludzie przychodzą tu pić piwo i palić papierosy😊).

Widok na Kutaisi z Bagrati

Forteca na tyłach Katedry

Warto obejść mury dookoła i przejść za Katedrę na Wzgórze Ukimerioni, gdzie znajdziemy resztki fortecy i więcej ładnych widoków. Wklejam zdjęcie poglądowe, bo wiele osób wchodziło na teren Katedry i nie zapuszczało się na tyły:

Tyły katedry

W środku Katedry, jak i opisanych niżej monastyrów, znajdują się pełne sakralnych znaczeń wiekowe malowidła i dzieła sztuki. Trzeba pamiętać, że kobiety powinny założyć chusty – na głowę i biodra. Na szczęście są one dostępne przy wejściu. W każdym z takich miejsc znajdziemy przewodnika, który za 20-30 GEL opowie nam o historii zabudowań i związanych z nimi postaci. Pamiętajcie, że przewodnik zgrabnie zawoła was do obejrzenia jakiegoś obrazu i od razu zacznie mówić. Dlatego nim się obejrzycie już będziecie członkami ekskursji. Warto więc od razu zapytać o cenę wycieczki oraz o to czy kwota jest za osobę czy za całą grupę.

Besik Gabashvili Park – wesołe miasteczko

To miejsce obejmuje laur pierwszeństwa jako atrakcja dla dzieci. Wesołe miasteczko leżące na wzgórzu, do którego dojeżdża się kolejką linową – czego chcieć więcej? Żeby dostać się do dolnej stacji kolejki kierujemy się w stronę Starego Miasta, w okolice wejścia na Biały Most (Tetri Brigde). W środku małego parku znajdziemy kasy, gdzie za 2 GEL kupimy bilety (jest to cena dla dorosłego, trzylatka jechała gratis). Na wzgórze możemy także dostać się schodami.

wesołe miasteczko Kutaisi
Karuzela

W parku najpierw warto obejrzeć atrakcje i wybrać te, które chcemy odwiedzić. Potem w kasie przy stacji kupujemy bilety, na każde urządzenie osobno. Pokolenie lat 70-80 z pewnością poczuje się jak w dzieciństwie, w dawnych objazdowych wesołych miasteczkach. I to dosłownie – bo sprzęt na pewno pamięta te czasy. Są tu karuzele ze zwierzętami na rurach i łańcuchowe, są elektryczne samochodziki obite gumą a także mini roller coaster. Po miasteczku kręcą się Panowie obsługujący atrakcje, trzeba ich odnaleźć i pokazać bilet (mogą schowani grać w karty – wiadomo w marcu jest mniejszy ruch). Największą z atrakcji jest diabelski młyn, który w trzech, nieco skrzypiących, obrotach pozwoli nam zobaczyć bardzo ładną panoramę Kutaisi.

młyn w Kutaisi
Diabelski młyn w Kutaisi

Restauracje

Obiady jedliśmy głównie w knajpce Baraqa, przy ul. 7 Tamar Mepe, w centrum. Bar ma dużo miejsc, ceny są przystępne a w menu znajdziemy przekrój regionalnych dań (oraz frytki i pizzę). Polecam chinkali z mięsem (zamawiane na sztuki), bakłażany nadziewane orzechami i mięsa duszone z fasolą w garnuszkach. Menu jest obrazkowe, więc można pokazać palcem, na co mamy ochotę. Obsługa, co do zasady, jest pomocna, ale podczas ostatniej wizyty musieliśmy sami prosić o kartę i kilka razy upominać się o zamówienie. A po 2 godzinach czekania zrezygnowaliśmy z ostatniego dania. Albo obsługa miała gorszy dzień albo daliśmy poprzednim razem za mały napiwek 😉

Polecam też malutką kawiarenkę przy ul. Carycy Tamar 17 (z motylami na ścianie w środku). Podają tam ciasta, ale też jedne z lepszych chaczapuri adżarskich jakie jedliśmy (placek w kształcie łódki ze słonym serem, jajkiem i masłem). Smaczna jest też pizza oraz sałatki. Z miłymi Paniami z kawiarni można rozmawiać po angielsku.

Na tej samej ulicy, kilka minut drogi w stronę przeciwną do centrum, jest mała piekarnia sprzedająca obwarzanki. Świeże, rano gorące, są po prostu wspaniałe.

Bazar

Na Green Bazar trzeba zajrzeć. Znajdziemy tu absolutnie wszystko. Jak mięso – to każdą część, łącznie z mózgiem, oczami i jądrami. Kilkadziesiąt odmian czurczcheli. Mnóstwo przypraw i bakalii. Wina i cza-czę w plastikowych butelkach. Jest też sektor nabiału, owoców i warzyw, ryb i mięs, ubrań i sprzętów AGD. Bazar jest ciasny i pełen ludzi a dookoła wszyscy krzykliwie zapraszają nas do stoisk. Czyli bazar, jak bazar.

Okolice Kutaisi

Nastawiliśmy się na jednodniowe wypady w okolice Kutaisi, poprzedzielane leniwym włóczeniem się po mieście. Dzięki temu nogi miały szansę odpocząć, a Młoda nie ucierpiała z nadmiaru wrażeń. Pierwszy całodniowy wypad objął trzy okoliczne atrakcje – Jaskinię Prometeusza, monastyr Gelati i monastyr Motsameta. W objazd udaliśmy się taksówką, razem z poznanymi w hotelu Rosjankami. Poranek powitał nas deszczowo, więc najlepszym wyborem na rozpoczęcie wypadu była jaskinia.

Jaskinia Prometeusza

Do Jaskini Prometeusza najłatwiej dojechać taksówką. Marszrutki są dużo tańsze, ale w tym przypadku dojazd jest kombinowany – najpierw trzeba złapać bus nr 30 do Tskaltubo a potem nr 42 do jaskini (te podobno jeżdżą rzadko). Wejścia są w określonych godzinach, po zebraniu się grupy turystów. Podczas wycieczki towarzyszy nam przewodnik, który opowiada o jaskini po rosyjsku i po angielsku.

Jaskinia należy do tych „ucywilizowanych”, czyli ma wylaną na płasko podłogę i szerokie przejścia. Jest dzięki temu osiągalna dla dzieci i osób starszych. Ale tylko dla tych, którzy poradzą sobie z 2 kilometrowym spacerem i sporą ilością schodów. Na większości odcinków jest na tyle wysoko, że można zapakować dziecko „na barana”, gdy potrzebuje chwili odpoczynku. Temperatura wynosi 14 stopni, co w połączeniu z chodzeniem góra-dół, ogołociło mnie do krótkiego rękawka.

Jaskiniowe Las Vegas

Wielką atrakcją jaskini jest oświetlenie – kolorowe, zmieniające się iluminacje, z dyskretnie schowanymi źródłami światła. Podkreślają one różnorodność form skalnych i struktur. Jeżeli byliście w krymskiej Jaskini Marmurowej i wydała się wam ona kolorowa to Jaskinia Prometeusza przy niej jest niczym Las Vegas. Na pierwszy rzut oka barwne fajerwerki mogą razić, ale z perspektywy dziecka były magiczne. W efekcie Młoda do dzisiaj z całego wypadu najlepiej wspomina Jaskinię Prometeusza i jej barwy.

Jaskinia Prometeusza

Wejście dla dzieci poniżej 6 roku życia jest bezpłatne. Dla dzieci i młodzieży w wieku 6-18 lat bilet kosztuje 5,5 GEL a dla dorosłych – 23 GEL. Jest opcja przepłynięcia podziemną rzeką na łodzi za 17,25 GEL, ale w marcu nie było takiej możliwości ze względu na wysoki poziom wody. Do jaskini nie wybierajcie się w poniedziałki – jest zamknięta. W pozostałe dni działa w godzinach 10:00 – 19:00.

Jaskinia i rezerwat Sataplia

Niedaleko Kutaisi jest też druga jaskinia – kilometrowej długości Sataplia a obok niej ścieżka edukacyjna o dinozaurach i przeszklona platforma widokowa. Niestety, kiedy tam dojechaliśmy okazało się, że z powodu awarii prądu jaskinia jest niedostępna. A przez ulewę odpuściliśmy spacer po leśnym rezerwacie. Bilety dla dzieci kosztują tyle samo co u Prometeusza, a dla dorosłych 17,25 GEL (cena obejmuje wejście z przewodnikiem).

Monastyr Gelati i Motsameta

Do Gelati można wyskoczyć bezpośrednio z Kutaisi, marszrutką odjeżdżającą spod teatru. Niektórzy wracają pieszo z monastyru do miasta (ok. 10 km) z powodu urokliwych widoków (ta opcja u nas odpadła ze względu na Młodą i pogodę). Warto wybrać się do monastyru w ładną pogodę – jest położony na wzniesieniu, więc panorama też jest przyjemna (podobno, bo nam cały dzień towarzyszyła ulewa i niewiele było widać).

Monastyr Gelati
Monastyr Gelati

Kompleks składa się z kilku budynków, pełniących kiedyś funkcje religijne i akademickie. Znajdziemy tu 3 kościoły (kobiety muszą się zakryć, ale chusty są dostępne), budynek akademii i dzwonnicę. Decydując się na usługę przewodnika zajrzymy do każdego pomieszczenia. Zwiedzając budynki samemu nie bardzo wiadomo, gdzie można wchodzić a gdzie nie (część drzwi jest zamknięta). Bardzo ciekawy jest budynek akademii – można obejrzeć byłe obserwatorium astronomiczne, a także zejść pod ziemię do małego pomieszczenia. A tam czekał na nas niewzruszony wizytą nietoperz.

nietoperz

Motsameta

Jeśli lubicie zapierające dech w piersiach widoki to koniecznie wybierzcie się do monastyru Motsameta. Monastyr jest położony na wysokim klifie, pod którym malowniczo wije się rzeka Tskaltsitela. Zabudowania z trzech stron wiszą nad zalesioną doliną, wystarczająco wysoko żeby zachwycać. Młodej oczy wychodziły z orbit kiedy powtarzała „Oooooo, jak wysokooooo”. Celujcie tylko w ładną pogodę, bo nam marcowa ulewa i wiatr wyciskały łzy z oczu.

Do monastyru dojedziemy taksi albo marszrutką z Kutaisi. Jest on też osiągalny piechotą (jakieś 6 km od miasta). Z Gelati do Matsameta można przemieścić się tylko pieszo albo taksówką – klasztory leżą po dwóch stronach góry, nie ma pomiędzy nimi marszrutki.

Kanion Okatse

Do Kanionu Okatse, leżącego około 50 km od Kutaisi, również wybraliśmy się taksówką. Była to całodniowa wyprawa obejmując kanion i wodospad Okatse oraz kanion Martvili. Gruzini lubią tchnące niebezpieczeństwem atrakcje, jak przeszklone mosty czy tańczące na wietrze kolejki linowe. W Okatse przygotowali więc zawieszoną nad przepaścią platformę, na którą w dużej części składa się jedynie wąska metalowa kratka. Pod nogami, jakieś 50 metrów niżej, pędzi górska rzeka malowniczo rozbijająca się o skały. Konstrukcja jest na tyle elastyczna, że nawet spokojny spacer wprawia ją w ruch. Mijając się z innymi turystami na pewno poczujemy wesołe bujanie. Tyle tytułem zachęty.

Okatse logo

Od kas do kanionu dzieli nas kilka kilometrów trasy przez las. Można ją pokonać samochodem albo pieszo. Nasz kierowca baaaaaardzo naciskał abyśmy podjechali pod sam most jego samochodem. Nie musiałaby wtedy na nas czekać (łącznie ok. 4 godzin). My zaś baaaaaardzo usilnie się opieraliśmy, bo nastawiliśmy się na spacer. Jeżeli do kas dojedziecie autem osobowym to na parkingu możecie wynająć terenówkę (inne auto raczej się tam nie dostanie). Jednak jeżeli macie czas i siły – warto wybrać spacer na nogach.

Dojście do Kanionu

Droga zajęła nam niecałe 1,5 godziny, w tempie trzylatki i kobiety w ciąży 😉. W kierunku mostu idzie się leśną albo kamienistą ścieżką. Trasa w kierunku mostu wiedzie w większości z górki i jest momentami dość stroma. My trafiliśmy na piękna pogodę, ale i tak cieszyłam się, że mamy trekkingowe buty. Po deszczu musi tam być naprawdę ślisko. Cała trasa przez las jest piękna. Towarzyszy nam szumiący strumyk poprzecinany mostkami a zza zakrętów witają nas ośnieżone masywy górskie. Młoda zaskoczyła nas swoją wytrwałością – tylko raz, na kilka minut, dała się zapakować do nosidełka. A całą drogę powrotną, pod górę, przeszła sama.

Wisząca atrakcja

Od razu uprzedzam, że nie wejdziecie na most z dziećmi niższymi niż 1,2 m. Nie ma typowego ograniczenia wiekowego, ale jest miarka do sprawdzenia czy wasza pociecha spełnia kryteria. Młoda test oblała, chociaż próbowała stawać na palcach. Na pocieszenie dostała kilka naklejek z logo Okatse Kanion. Trochę liczyłam, że przed samym wejściem na most da się ją przemycić w nosidełku na plecach, ale mili Panowie z ochrony nie dali się przekonać. I bardzo dobrze, bo o ile Młoda uwielbia wysokości, to idąc po moście nie byłam taka pewna czy by nie spanikowała widząc pod nogami przepaść.

Kanion Okatse

Most zwiedziliśmy na raty – najpierw tata, potem mama. Podczas oczekiwania na tatę wdrapałyśmy się na pobliskie wzgórze, z którego rozciąga się piękny widok na góry. Wiszący most ma 780 metrów długości a jego zwieńczeniem jest wysunięta w przestrzeń platforma, która z daleka przypomina stare rusztowanie. Po jej odwiedzeniu, można iść po schodach w górę i wyjść przez bramkę – w ten sposób trafimy na ścieżkę wiodącą górą nad kanionem, do wejścia. My wróciliśmy jednak po swoich śladach żeby przejść most jeszcze raz i nacieszyć się widokami.

Kanion Okatse

Wracając, możecie napotkać babuszkę z rozkładanym stolikiem, na którym czekają smakołyki. Młoda załapała się na kubeczek orzeszków, za które babcia nie chciała żadnych pieniędzy (?!). Ale żeby sprawiedliwości stało się zadość, mąż poczęstował się domowym alkoholem, za który odwdzięczyliśmy się w finansowej postaci. Koniecznie kupcie u babuszki orzeszki ziemne – smakują wyjątkowo dobrze, szczególnie po kilkugodzinnym spacerze.

Bilety do Kanionu dla dzieci do lat 6 są bezpłatne, od 6 do 18 lat kosztują 5,5 GEL. Dorośli zapłacą 17,25 GEL. W poniedziałki kanion jest nieczynny. W pozostałe dni pracują od 10:00 do 18:00. Przy kiepskiej pogodzie (śnieg, deszcz) most nie jest dostępny.

Wodospad Kinchkha

Z Kanionu można dojść (ok. 7 km) lub dojechać do Wodospadu Kinchkha. Podjechaliśmy w górę parę minut taksówką, na parking, z którego w oddali było widać wodospad. Trafiliśmy na piękną, słoneczną pogodę. Sprawiła ona, że śnieg leżący pod wodospadem zaczął się rozpuszczać i zamienił ścieżkę w rzekę. Na różne sposoby próbowaliśmy dojść pod sam wodospad, ale było tak mokro, że nie mieliśmy szans. Wodospad można odnaleźć wg współrzędnych: N42 29.738 E42 33.032.

wodospad Okatse

Kanion Martvili

Największą atrakcją kanionu Martvili jest krótki spływ rzeką (300 m). Niestety – trzyletnia Młoda znowu nie przeszła testu wzrostu. Niewiele, ale brakowało jej do wymaganych 100 cm. Zadowoliliśmy się więc spacerem nad kanionem. Niestety ma tu wiele do zwiedzania, łącznie to około 300 m spaceru po 2 mostkach i 3 platformach. Z tego ok. 1/4 trasy była zamknięta dla turystów ze względu na remont. Niemniej – jest pięknie. Na szalejącą w dole rzekę można patrzeć z zawieszonych krat, więc każdy kto lubi wysokości poczuje się jak w domu.

Kanion Martvili

Ceny są takie same jak w Kanionie Okatse pomimo tego, że w Okatse spędzimy min. 2-5 godzin a w Martvili (bez spływu) ok. 30 minut.

Batumi

Udało nam się dotrzeć do mojego wymarzonego Batumi. Przepakowaliśmy się w mały plecak i wyskoczyliśmy na dwa dni nad morze. Do Batumi dostaliśmy się z Kutaisi marszrutką. Odjeżdża ona z dworca autobusowego przy McDonaldzie (ale nie tego w centrum, tylko przy ul. Chavchavadze, na obrzeżach miasta). Na dworzec najłatwiej dojechać taksówką. Jeżdżą tam autobusy (linia 1), ale chcieliśmy skrócić jazdę z Młodą do minimum. Do Batumi jedzie się około 3 godzin z postojami. Bilet kosztuje 10-15 GEL za głowę.

Co prawda w Batumi herbacianych pól już nie ma, ale jest wszystko inne. Albo raczej WSZYSTKO inne. Jest morze, port, kolejka linowa, kantory, knajpy, kasyna, wielki diabelski młyn i mikro-młyn na szczycie hotelu, setki rzeźb a nawet bambusowy lasek. Uroku dodają bezpańskie psy chroniące się przed słońcem w cieniu zaparkowanych pod kasynami Maserati. Jak tylko wysiądziecie z marszrutki napadną na was sprzedawcy ekskursji – wycieczek. Za wielkie pieniądze załatwią wam wszystko czego potrzebujecie. Jeden mistrz marketingu próbował odciągnąć od nas mojego męża i namówić na przygodę z paniami negocjowanego afektu. Miał nawet stosowne portfolio kandydatek. Batumi, ach Batumi…

Port

Po przyjeździe do miasta marszrutka zostawia nas w porcie. W pobliżu jest budka z informacją turystyczną, gdzie miłe Panie służą pomocą zarówno po rosyjsku, jak i po angielsku. Warto tam zajrzeć i odebrać darmową mapkę, ewentualnie podpytać o nocleg czy atrakcje. Ja pochodzę z miasta portowego, więc z przyjemnością udałam się na spacer wzdłuż nabrzeża. Po porcie biega sporo bezpańskich psów, które chętnie wam potowarzyszą w wędrówkach. Za nami w pewnym momencie szło małe stado psiaków, chociaż nawet nie podzieliliśmy się z nimi posiłkiem.

Kolejka linowa Argo

Niedaleko informacji turystycznej znajdziemy stację początkową kolejki linowej Argo. Zawiezie nas ona na wzgórze Anuria. W pełni zabudowane gondole są nowoczesne i sprawiają bezpieczne wrażenie. Wejście jest „w locie”, czyli trzeba wskoczyć do środka w trakcie jazdy. Kolejka nieśpiesznie wjeżdża trasą o długości 2,5 kilometra, jest więc dość czasu, żeby przyjrzeć się rosnącej panoramie Batumi. Na górze, oprócz punktu widokowego, znajdziemy restaurację, sklep z pamiątkami i winami. Jest też toaleta.

Kolejka działa w godzinach 11:00 – 22:00. Przejazd kosztuje 15 GEL. Zdarzają się spore obłożenia, wtedy trzeba nastawić się na kilkunastominutowe oczekiwanie.

Niedaleko za stacją kolejki znajduje się miejsce odjazdu marszrutek w kierunku Kutaisi i Tbilisi.

Bulwary i plaża

Bulwary ciągną się wzdłuż morza, przez kilka kilometrów. Co chwilę mijamy przyrządy do ćwiczeń, place zabaw, fontanny i rzeźby. Bulwar jest szeroki, bezpiecznie zmieszczą się tam piesi i rowerzyści.  Jest tu też mnóstwo straganów i knajp, ale w marcu większość z przybytków była zamknięta. W sezonie na pewno okolica jest kolorowa i głośna. Aby odetchnąć można zejść w bok, do zalesionego parku.

Bulwar Batumi
Pomnik przy bulwarze Batumi

Zabudowania nie zasłaniają widoku plaży i morza, więc spacer jest bardzo przyjemny. Plaże w Batumi są kamieniste, co dla niektórych jest atrakcją samą w sobie. Młoda uczyła się puszczać kaczki, więc wszyscy biegaliśmy i szukaliśmy odpowiednich kamieni. Morze Czarne latem, jak pamiętam z Krymu, jest cudownie ciepłe. W marcowy, wietrzny dzień sprawiało wrażenie groźnego. Co jednak nie wystraszyło kilku odważnych morsów kąpiących się w wodzie.

Znaleźliśmy jajo dinozaura

Park 6 Maja

Park to miłe miejsce na spacer, szczególnie z dzieckiem. Trochę przaśne, ale ma swoje uroki. Pośrodku parku jest staw, na którym spotkać można kaczki i wioślarzy. Z jednej strony znajdziemy plac zabaw oraz mini zoo. Zoo w marcu było nieczynne, zresztą nie wyglądało zbyt zachęcająco. Przypominało miejskie, zaniedbane „przechowalnie zwierząt”, jakie widzieliśmy na Krymie. Z chorymi, zaropiałymi zwierzętami zostawionymi w małych klatkach na słońcu.

W parku zobaczymy też fontannę, w której woda „magicznie” unosi wielki głaz. Instalacja wywołuje uśmiech na twarzy, szczególnie, że nawet trzylatka nie dała się nabrać na iluzję. Młoda z powagą poinformowała nas, że to nie żadna magia tylko zwyczajna plastikowa rura przyczepiona do kamienia.

magiczny głaz

Delfinarium

Delfinarium położone jest bezpośrednio za Parkiem 6 maja. Można tam zobaczyć pokaz w wykonaniu delfinów i ich trenerów. Trwa on około 40 minut i jest organizowany dwa razy dziennie, po południu. Delfiny tańczą, grają w piłkę, skaczą przez obręcze i robą inne rzeczy obce naturze. Dla mnie był to na pewno ostatni pokaz tego typu, w którym uczestniczyłam. Zaczęłam być sceptyczna co do tej formy rozrywki po pokazie w Loro Parku na Teneryfie, gdzie poranione orki upchnięte były w niewielkich akwenach. W Batumi poszliśmy na pokaz dla Młodej, ale nie powtórzę tego więcej. Dlaczego? Odpowiedzi warto poszukać w filmie „Blackfish” z 2013 r.

Pokazy odbywają się o godzinach 16:00 i 19:00. Bilety kosztują 15-20 GEL. Kasy są czynne wcześniej, więc można zakupić bilet z wyprzedzeniem – warto to zrobić bo nawet w marcu było pełne obłożenie. W wysokim sezonie warto nabyć bilety przez Internet. Kupno biletów w pierwszych kilku rzędach oznacza bycie ochlapanym wodą o rybim aromacie.

Diabelski młyn

Batumi może pochwalić się wielkim, podświetlanym kołem widokowym. Wstęp kosztuje ok. 5 GEL. Nie było przeszkód, żeby zabrać Młodą, chociaż napisy głosiły, że trzeba mieć minimum pięć lat. Z góry rozciąga się piękny widok na miasto, port i morze. W oddali, podczas ładnej pogody, dojrzeć można masywy górskie. Gondolki nie są zabudowane, więc na górze będzie wiało i bujało.

Ali i Nino, diabelski młyn
Ali i Nino na tle diabelskiego młyna i Wieży Alfabetu

Pomnik Ali i Nino

Spacerując po promenadzie, w okolicy diabelskiego młyna, natkniecie się na nietypowy pomnik. Dwie ośmiometrowe metalowe statuy – kobieta i mężczyzna – wprawione są w symboliczny ruch. Zbliżają się, mijają i oddalają. Nigdy nie zatrzymują się na tyle, aby być razem. Historia nawiązuje do nieszczęśliwej miłości Ali i Nino (więcej na temat historii). Po zachodzie słońca pomnik jest oświetlony i, jak inne iluminacje, pięknie wygląda na tle wieczornego nieba.

Stare miasto

Schodząc z Bulwarów przez park trafimy na starszą część miasta. Znajdziemy tu drogie hotele oraz eleganckie kasyna. Jest mniej kolorowo, bo wszystko opływa w marmur i złoto. W okolicy można obejrzeć pomnik Medei, zegar astronomiczny i jeszcze więcej fontann oraz rzeźb. Spacerowaliśmy z głowami podniesionymi w górę i podziwialiśmy bogato zdobione fasady budynków.  

Nocleg

W Batumi zarezerwowaliśmy nocleg w hostelu Light House, leżącym w połowie drogi pomiędzy portem a bulwarem. To ciche i spokojne miejsce o budżetowym charakterze. Obsługa i właściciel są bardzo pomocni i mili. Pokoje to nie luksusy, ale jest czysto. Problem tkwił w temperaturze – w pokoju zamontowany był klimatyzator, który ogrzewał pomieszczenie. Było to konieczne w marcową, zimną noc. Ale klima działa tak głośno, że nie dało się spać – trzeba było ją wyłączyć. Narzuciliśmy więc na siebie ciepłe ciuchy i podwójną kołdrę. Jakoś daliśmy radę dotrwać do porannego gorącego prysznica.

Zakaz palenia w pokoju
Zakaz palenia w pokoju

Ciężką noc zrekompensowało nam śniadanie. Jak tylko właściciel dowiedział się, że jesteśmy Polakami, zaczął wychwalać Lecha Kaczyńskiego i cały nasz uczynny naród. Ugościł nas po królewsku. Stół uginał się pod ciężarem jedzenia – barszcz, krokiety, kiełbaski, kotlety, jajka, sery, jogurty, miody i dżemy. Było tam wszystko. Nie pomijając alkoholu. Do śniadania właściciel polał domową cza-czę a na odchodnym sprezentował nam lokalne białe wino. Było tak sympatycznie, że nie pozostaje mi nic innego jak polecić hostel na letni wypoczynek. Przy 40-stopniowych upałach chłodny pokój z klimatyzacją będzie idealny.

Gruzja – praktycznie

Poniżej wrzucam jeszcze kilka hasłowych wskazówek, które mogą być pomocne w planowaniu podróży i na miejscu:

Dzieci

Do Gruzji spokojnie można zabrać dziecko, szczególnie polecane są małe niebieskookie blondynki. Młoda robiła furorę ze swoimi anielskimi oczkami i szerokim uśmiechem. Na ulicach ludzie zatrzymywali się, aby ją sobie obejrzeć, część bez oporów próbowała nam dziecko przytulać i nosić na rękach. W restauracjach zawsze dostała jakiś słodycz gratis, raz nawet podczas obiadu kelnerka przełączyła dla niej TV ze sportu na bajki (co wywołało jęk zawodu u męskiej części gości). Ktoś robił jej zdjęcia, a ktoś inny głaskał po głowie. W Gruzji dba się o dzieci, ale jest ich mało i rzadko je widać, dlatego do Młodej wszyscy odnosili się bardzo serdecznie.

fortepian w kawiarni
Pograj sobie dziecko, tak rzekli w kawiarni

Nie zabieramy w podróże wózka, bo Młoda nie chce w nim siedzieć od czasu, jak nauczyła się chodzić. Na szczęście radziła sobie świetnie – a robiliśmy piesze trasy po 10-15 km dziennie. Zdziwienie wzbudzało nasze nosidełko – rozwiązanie raczej nie znane miejscowym. sprawdziło się znakomicie, w momentach zmęczenia. Transport wózkiem byłby utrudniony przez wąskie i krzywe chodniki w mieście.

Jedzenie dla dziecka

My, jako wszystkożerne stworzenia, zajadaliśmy się plackami chaczapurii, pierogami chinkali, szaszłykami i potrawami z czerwonej fasoli. Niestety niewiele z tego smakowało Młodej. Potrawy gruzińskie są bardzo intensywne w smaku, mają dużo soli, pieprzu, papryki i kolendry. Szczególnie wyraziste są zupy. Dla dzieci można wybrać np.:

  • frytki z kurczakiem – frytki są w każdej większej knajpce, ale lepiej unikać mięsa w panierce, bo ta jest twarda jak skała,
  • chaczapuri i chinkali z łagodnym nadzieniem np. z ziemiankami czy serem,
  • pizza,
  • słodkie wersje chaczapuri np. z twarogiem i rodzynkami
  • owoce, warzywa, sery, pieczywo – wszystko jest na bazarze i w marketach.

Młoda wyjadała nam też końcówki ciasta z chinkali, więc nic się nie marnowało. Pamiętajcie, że chinkali je się trzymając pieróg za zlepioną końcówkę i wkładając cały do ust. Wtedy mamy pewność, że nie zgubimy nic z bulionu, jaki tworzy się podczas gotowania mięsa. Próba krojenia ich na talerzu spotka się ze zgorszeniem obsługi.

Napoje

Świetne w Gruzji jest to, że świeżo wyciskany sok z pomarańczy kosztuje grosze. Zamawialiśmy go do każdego obiadu na zmianę z domową lemoniadą wypełnioną owocami.

Warta spróbowania jest też gazowana lemoniada w butelkach o takich smakach jak jabłko, gruszka, wanilia czy winogrono. W szczególności polecam spróbować intensywnie zielonej lemoniady anyżowej.

Piwo można kupić wszędzie, ale miejscowi traktują je bardziej jako napój orzeźwiający, niż wyskokowy. Pije się je zawsze schłodzone, bardzo często z plastikowych, dużych butli.

Wino pije się głównie do obiadu. Jest ono dostępne w każdej restauracji i kawiarni.

Cza-cza – narodowa wódka/bimber. Mnóstwo osób pędzi ją samodzielnie. Zostaniecie nią poczęstowani przy okazji zakupów na ulicy i bazarze. Handlarz, jak spod ziemi, wyciągnie plastikową butelkę i kubeczek, aby przypieczętować udany interes.

Słodycze

Gruzini wieczorami wychodzą do kawiarni. Podawane są tam ciasta i torty – pełne przepychu kompozycje z kremów i bitej śmietany. Porcje są tak duże, że jedna starczała nam na trzy osoby. Są przy tym bardzo słodkie, ale szczerze mówiąc – nie za smaczne. Chyba dlatego Gruzini zamawiają ciasto, rozmawiają nad nim i elegancko skubią widelcem, ale prawie go nie jedzą.

kawiarnia w Batumi
Kawiarnia w Batumi

Na bazarze można kupić czurczchele – orzechy włoskie zawieszone na sznurku oblane gęstym sokiem z winogron. Orzechy maczane są w masie owocowej, która potem zastyga tworząc skorupkę. Czurczchele najczęściej są słodkie, ale można też trafić na bardziej kwaśne odmiany – wszystko zależy od użytych owoców. Smaczniejsze są te świeże i błyszczące. Jak na łańcuchach widać pęknięcia i biały osad to wisiały za długo. My kupowaliśmy je w centralnym punkcie bazaru w Kutaisi, gdzie stoi stragan cały obwieszony różnokolorowymi łańcuchami. Na miejscu handlarka zapewnia degustację orzechów oraz oczywiście cza-czy po udanych zakupach. Na stoisku kupimy też duże, cienkie placki ze sprasowanych owoców, ale są one kwaśne i nie przypadły nam do gustu.

Pożywne są słodkie chaczapuri – takie wariacje na temat drożdżówek. Można je kupić ze słodkim kremem albo twarogiem z rodzynkami.

Ubezpieczenie

Gruzja jest oczywiście poza UE, więc na nic zda się nasz EKUZ. Wykupiliśmy ubezpieczenie podróżne i zdrowotne dla całej naszej trójki (po 500 tyś na głowę) za niecałe 170 zł. Uważam, że lepiej mieć gdzie zadzwonić w razie wypadku, a ubezpieczyciele zapewniają wsparcie w każdym zakątku świata.

Samochody

Zazwyczaj za granicą wynajmujemy auto, aby móc się swobodnie poruszać po kraju. Jednak w Gruzji wystraszyły nas koszty, które są bardzo wysokie. Za parę dni wynajmu w Gruzji zapłacilibyśmy więcej niż za dwa tygodnie na Kanarach. Cenę winduje jeszcze pakiet obowiązkowych ubezpieczeń.

Z autem na pewno zobaczylibyśmy więcej, ale koniec końców nie żałuję – bo Gruzini serio jeżdżą po wariacku. Ktoś namalował na ulicy dwa pasy ruchu? Co z tego! Przecież zmieszczą się na nich nawet trzy kolumny samochodów, wciśniętych lusterko w lusterko. Kierunkowskazy? A co to takiego? Śpieszy ci się? Przejedź po chodniku albo trawniku. Zajeżdżanie drogi, trąbienie, jazda bez zwracania uwagi na znaki – trwa w najlepsze. Dlatego praktycznie każde auto ma (o ile jeszcze ma) zderzaki i lusterka przyklejone taśmą izolacyjną. Dotyczy to również taksówek i marszrutek – potrafią jechać poboczem i wyprzedzać na trzeciego.

Pieszy nie ma w Gruzji specjalnych uprawnień. Nikt nas nie przypuści, więc trzeba samemu szukać luki i przeskakiwać między samochodami. Panuje tu swego rodzaju równość – nie ważne czy jesteś mężczyzną, kobietą, dzieckiem czy babuszką – skaczesz po ulicy tak samo. Szczytem było wymuszenie na nas pierwszeństwa na przejściu dla pieszych i na zielonym świetle przez Policję. Radiowóz prawie przejechał nam po palcach. Więc na drogach miejcie oczy szeroko otwarte.  

Nagabywacze

W centrum miasta, przy dworcach i przystankach, czekają na nas organizatorzy wycieczek (ekskursji). Zapewnią nam dotarcie do każdej atrakcji w Gruzji. Jednak ich usługi są zazwyczaj kilkukrotnie droższe niż zorganizowanie wypadu samodzielnie. Dużo bezpieczniej jest porozmawiać o wycieczkach w miejscu noclegu. Hotelarze, którym przecież zależy żebyśmy do nich wrócili, zawsze mają swoich sprawdzonych taksówkarzy. Albo sam nimi są.

Targowanie się

Gruzja to jeden z tych krajów, w których cierpią zamknięte w sobie, zachodnioeuropejskie dusze. Wszyscy do siebie krzyczą, chcą rozmawiać i bawić się. Podczas zakupów i interesów Gruzini będą oczekiwać negocjacji. Na bazarze czy z taksówkarzem – zawsze warto się targować, na pewno nikt się nie obrazi. Można tu przyjąć najprostszą zasadę – zaproponować połowę ceny podanej przez handlarza. Ten uda oburzenie, ale zazwyczaj zejdzie trochę z ceny.   

Babuszki

Pod klasztorami i na ulicy spotkamy okutane w czarne chusty babuszki. W Gruzji pomoc ubogim jest bardzo szanowana, warto więc zawsze mieć przy sobie kilka monet na dobroczynność. My raz o tym zapomnieliśmy i minęliśmy zagadującą nas babuszkę z przepraszającym uśmiechem. Na odchodnym obrzuciła nas masą wyzwisk, splunęła i jeszcze przeklęła na kilka pokoleń. W przypadku wejścia np. na teren Bagrati babuszki czekają przy bramie. To, że daliście datek na wejściu, wcale nie oznacza, że możecie się wywinąć od kilku monet wrzuconych do koszyka na wyjściu (inaczej – będziecie przeklęci). Warto więc uważać.

Śmieci

Gruzini śmiecą na potęgę. Namiętnie wyrzucają resztki do rzeki albo do lasu. Wszędzie latają foliowe worki, a rzeki Rioni momentami prawie nie widać przez stare butelki i puszki. Kiedy jechaliśmy taksówką do Okatse, taksówkarz wykorzystał moment na wiosenne porządki. Zaczął wyrzucać śmieci z auta przez okno na drogę. Czuć, że ekologia na razie nie jest priorytetem w kraju. Wiem, że Gruzja ma ważniejsze ekonomiczne wyzwania, ale smutno patrzeć na przyrodę pokrytą hałdami śmieci.

Taksówki

Taksówkarzem w Gruzji jest praktycznie każdy, kto ma samochód. Ale są też korporacje np. Maxim. Mają swoje punkty w mieście, w których można zamówić taksówkę. Ale co fajniejsze – mają swoją aplikację na Google Play (maxim – order a taxi). Apka działa w kilku krajach, a w Gruzji m.in. w Kutaisi, Batumi i Tblilisi.

Apka przydaje się do ustalenia ceny przejazdu – po wpisaniu adresów od razu pojawia nam się koszt w miejscowej walucie. W naszym przypadku był on korzystniejszy niż u prywatnych kierowców. Taksówkę można od razu zamówić, ale potrzebny jest nam gruziński numer telefonu, na który przyjdzie sms z potwierdzeniem. My takim nie dysponowaliśmy, więc po prostu do nich dzwoniłam zaczynając każdą rozmowę od „Hi, can I use english?”. Na infolinii jeden Pan rozmawia po angielsku 😊 Uwaga – przy telefonicznym zamówieniu też potrzebujecie miejscowego numeru, ale możecie podać telefon do hotelu.

PS. Prywaciarze spinają się, kiedy przy negocjacjach powołujecie się na cenę z Maxima. Kiedy mówiłam, że w Maximie przejazd kosztuje X lari to obrażają się i mówią „ja niet Maxim!”.

Marszrutki

O to skąd odjeżdżają poszczególne busiki możecie pytać w informacji turystycznej. Można też złapać jakiegoś kierowcę busa i podpytać go o trasy. Rozkłady jazdy praktycznie nie istnieją, marszrutki odjeżdżają po zapełnieniu. W Kutaisi, w dalekie trasy (np. do Batumi) jedzie się z dworca głównego (na Google Maps jest to Bus Station obok McDonalda, na obrzeżach miasta). Lokalne wyjazdy rozpoczynają się na tyłach teatru w centrum i przy Czerwonym Moście.

Nocleg

Nocleg bez problemu można zarezerwować przez portale typu Booking. Można też jechać bez kwaterunku – nawet w środku nocy na lotnisku czekali Gruzini i zapraszali na kwatery. Poza sezonem, z marszu, bez problemu znajdziemy miejsce do spania. Polecam kierować się przede wszystkim opiniami dotyczącymi posiłków. Kto szuka luksusów ten wybierze drogie europejskie hotele. Jednak warto w Gruzji zdecydować się na miejsce, w którym doświadczymy legendarnej miejscowej gościnności. Zdecydowanie polecam wybrać hotel nawet o niższym standardzie, ale z cudownymi gruzińskimi śniadaniami.

Odprawa

Aplikacja Wizzaira straszyła, że lotnisko w Kutaisi nie obsługuje mobilnych kart pokładowych. W sieci krążą różne opinie na ten temat, podobno przepuszczają też bilety na telefonie. Niemniej myślę, że lepiej mieć przy sobie wydrukowane karty pokładowe. W Kutaisi można je wydrukować na ulicy Tsereteli, na przeciwko kina. Jest tam serwis drukarek, w którym na hasło „print boarding pass” wszyscy wiedzą o co chodzi. Można podłączyć się do Wi-Fi w lokalu i przesłać obsłudze karty na maila. Wydruk może być czarno-biały. Usługa kosztuje parę groszy.

Waluta

Miejscowa waluta to lari (GEL) i tetri.

1 GEL ~ 1,33 PLN

1 GEL = 100 tetri

Walutę (np. dolary, euro) można wymienić w kantorach i bankach. Kurs jest wszędzie taki sam. W przypadku braku lari możemy zapłacić dolarami. Nie widziałam, żeby gdzieś przyjmowali euro. Zdarzało nam się płacić kartą i wtedy bank stosował podwójne przewalutowanie – z lari na euro i na złotówki po końcowym kursie ok. 1,47. Wychodziło nawet korzystniej niż wymiana dolarów w kantorze.  

Ceny

Porównując ceny z Polską relatywnie drogie stają się noclegi. Za tę samą cenę uzyskamy gorszy standard (chociaż dużo lepsze wyżywienie). Jedzenie jest tańsze, wiele produktów można kupić za grosze. Szczególnie daje się to odczuć w przypadku pieczywa i chaczapuri. Obiad z sokami na mieście, dla 3 osób, kosztował nas w przeliczeniu ok. 40-55 PLN. Transport marszrutkami jest tani, taksówki w sumie też biorąc pod uwagę, jak spore odległości się nimi robi. W ostatnich latach mocno podskoczyły bilety wstępu na różne atrakcje, ale nie ma co się dziwić biorąc pod uwagę coraz większą popularność kraju wśród turystów.

Podsumowanie

Gruzja to piękny, chociaż zaniedbany kraj. Z jednej strony ma cudowną przyrodę i serdecznych ludzi. Z drugiej – hałdy śmieci w lasach i rzekach oraz miejscowych, dla których jesteśmy chodzącymi dolarami. Jako amatorzy dobrego jedzenia spędziliśmy miłe chwile przy posiłkach, a Młoda najadła się frytek za cały rok z góry. Jak dzieciaki podrosną na pewno wrócimy tu jeszcze, żeby obejrzeć stolicę i góry Kaukazu.