Jakie metody zagwarantują nam wychowanie szczęśliwego dziecka? Jakimi narzędziami dysponujemy żeby to osiągnąć? Czy warto stosować książkowe techniki wychowania czy wystarczy zaufać intuicji? Rodzice od zawsze zadają sobie te pytania. Kiedyś opierali się na doświadczeniach własnej rodziny. Teraz wertują Internet i czytają poradniki. Problem w tym, że na każdy temat znajdują tam co najmniej dwie, skrajnie różne teorie. Do tego wszystkie są poparte statystykami oraz badaniami amerykańskich naukowców. Przecież nie starczyłoby życia, żeby wypróbować wszystkie rodzicielskie porady. I zapewne kiepsko by się to odbiło na psychice dziecka 😉. Jak więc odnaleźć się w tym gąszczu informacji o rodzicielstwie i wychowaniu?

Dylematy matki

dylematy

Kiedy przekroczyłam trzydziestkę postanowiłam, że pora porzucić spokojne życie i przekazać swoje geny dalej. Decyzja o ciąży nie była łatwa. Nie pomagały obserwacje koleżanek, które kompletnie oszalały na punkcie małych, krzyczących i zaślinionych dzieci. Wtedy ciężko było mi to zrozumieć. Ale cóż, zegar biologiczny tykał, więc trzeba było spróbować. Z racji zamiłowania do książek i informacji zaczęłam czytać o ciąży, porodzie, rodzicielstwie i wszystkim, co wiąże się z posiadaniem dzieci. Rozmawiałam z bliższymi i dalszymi osobami, prosiłam o rady i wskazówki. Szybko okazało się, że co źródło, to inna opinia. I co do tego jak wygląda macierzyństwo mam następujące wnioski, przyprawiające o ból głowy:

Miej dzieci. Albo lepiej ich nie miej i korzystaj z życia. Zajdź w ciążę wcześnie to potem będziesz miała spokój. Ale zachodź po trzydziestce żeby mieć stabilność finansową. W pracy mów jak najwcześniej o ciąży żeby pracodawca przygotował się na zmiany. I mów jak najpóźniej żeby Cię nie zwolnił. W ciąży od początku się oszczędzaj bo nigdy nie wiadomo co może zaszkodzić dziecku. Ale żyj normalnie bo ciąża to nie choroba. Ruszaj się, pływaj, bądź aktywna i uśmiechnięta chociaż puchną ci nogi, jest Ci słabo i niedobrze. Chwal się rosnącym brzuchem bo to urocze. Tylko dobrze go schowaj bo niektórych to drażni. Bądź miła dla osób, które wpuszczają Cię w kolejkę i ustępują miejsca. Wylewnie podziękuj. I nigdy sama nie proś o przepuszczenie bo zostaniesz nazwana „madką”. Nawet, jak jesteś bliska omdlenia. Pamiętaj – ciąża to nie choroba.

W trakcie porodu najważniejsze jest zdrowie twoje i dziecka. Ale nie zapomnij się umalować żebyś ładnie wyglądała na zdjęciach. Przecież poród to nic takiego, każda kobieta przez to przechodzi. Nie masz prawa być spocona, czerwona i zziajana. No ewentualnie masz prawo jak rodzisz naturalnie. Ale jak rodzisz przez cesarskie cięcie to tak właściwie nie rodzisz. I tylko trochę jesteś matką. A trochę nie. Podobnie z liczbą dzieci – jak masz jedno to tak trochę jesteś matką, bo zabawa zaczyna się dopiero przy parce. A najlepiej miej co najmniej trójkę.

Po porodzie oczekuj pomocy dla siebie i dla dziecka. W końcu połóg to ciężka sprawa. Ale nie miej pretensji, że wszyscy mają twoje samopoczucie gdzieś. Przecież najważniejsze jest dziecko. Potem jest już z górki. Śpij z noworodkiem w jednym łóżku bo to buduje bliskość. Tylko broń boże tego nie rób bo je udusisz. Reaguj na każdą potrzebę dziecka, ale nie za często bo ma się nauczyć samodzielności. Utulaj w ramionach do snu. Ale odkładaj do łóżeczka żeby się wypłakało to samo zaśnie. Chustuj i noś na rękach żeby czuło się bezpiecznie, ale nie rób tego bo się przyzwyczai i nigdy go nie odłożysz. Karm na żądanie ale tylko co trzy godziny. Nie rezygnuj z życia towarzyskiego i wyjdź gdzieś wieczorem. A potem czuj się jakbyś porzuciła dziecko. Spędzaj czas na powietrzu, ale nie wychodź bo jest smog. Miej sterylny dom bo bakterie są zabójcze. Nie sprzątaj za dużo bo wychowasz alergika.

Wracaj jak najszybciej do pracy bo zrujnujesz karierę. Przy okazji zostaniesz nazwana wyrodną matką. Zostań w domu z dzieckiem to wyzwą cię madek 500+ i leni. Zabieraj dziecko ze sobą w różne miejsca, ale nie rób tego bo innym przeszkadza wózek i płacz twojego bąbelka. Z wózkiem nie wsiadaj do autobusu rano bo inni spieszą się do pracy. I nie w dzień bo wtedy ludzie chcą w spokoju podróżować. Po południu też nie bo inni wracają z pracy. Najlepiej w ogóle nie wychodź. Wychowuj dziecko w atmosferze szacunku i bliskości. Ale czasami daj klapsa żeby wiedziało kto tu rządzi. Czytaj poradniki i stosuj wszystkie techniki wychowania. Nic nie czytaj bo poprowadzi Cię intuicja.

I jak tu nie zwariować?

W poradach tkwi zazwyczaj dobra wola. Przecież nikt nie pisze poradników po to, abyśmy wychowali nieszczęśliwe dzieci. Ale każdy pisze o tym, co osobiście dla niego jest ważne. Niektórzy sądzą, że już noworodkowi trzeba narzucić plan dnia. Inni, że trzeba dać się poprowadzić przez bieżące potrzeby dziecka. Autorzy poradników wychowawczych nie mają monopolu na prawdę. Bo ta będzie nieco inna w każdej rodzinie, wobec każdego nowego dziecka, w każdej nowej sytuacji. Ostrą krytykę wszelkiej maści poradników znajdziecie w książce Bruno Bettelheima „Wystarczająco dobrzy rodzice” (polecam). Autor ostro punktuje stosowanie gotowych porad i podkreśla wagę indywidualnego patrzenia na każdą sytuację. Osobiście nie jestem aż tak restrykcyjna i myślę, że warto czytać – aby wypracować sobie własne rozumienie wychowania. Do tego trzeba sobie odpowiedzieć na kilka pytań – co jest dla mnie ważne? Z czym się w środku zgadzam? Jakie techniki wychowania są dobre dla mnie i dla mojego dziecka?

Prosty test – czy ta technika wychowania jest dla mnie?

Metoda wychowania wynika z naszych przekonań o tym, co jest dobre dla dziecka i, w konsekwencji, jak powinnyśmy się wobec niego zachowywać. Te konkretne zachowania to techniki wychowania. Zatem znaki drogowe wychowania opisane tutaj można nazwać moją amatorską metodą wychowawczą. Mam pewien sposób, aby przekonać się, czy dane techniki wychowania (nieważne czego dotyczące – snu, jedzenia, kłamania, itd.) są odpowiednia dla mnie. Odpowiadam sobie na trzy poniższe pytania. Jeżeli trzy razy odpowiem „nie” to wiem, że nie warto tracić czasu na wprowadzanie ich w życie. Są po prostu niezgodne z moimi przekonaniami.

Pytanie #1 Czy technika wychowania jest dopasowana do mojego stylu życia?

Na początku rodzicielskiej przygody bałam się, że przez karmienie dziecka „na żądanie” stracę panowanie nad własnym czasem. Że będę tylko wyczekiwać sygnału na posiłek i nic nie będę mogła zaplanować. Postanowiłam więc wypróbować którąś z rozpisek dnia, zaczerpniętą z typowych amerykańskich poradników.

Młoda powinna według niej wstawać około 8 rano. Ale miała to gdzieś i budziła się o 9-10. Na początku wybudzałam ją wcześniej bo przecież rozsypał by mi się plan dnia (facepalm). Reagowała oburzeniem i płaczem. Po półtorej godzinie zabawy powinna zaliczyć drzemkę, ale nie była jeszcze wystarczająco zmęczona. Poranne usypianie w domu to była mordęga. Ale ok, udało się ją uśpić. Spała z pół godziny. Potem najchętniej wyszłabym na spacer, ale wg planu był to czas na posiłek. A kiedy nastał czas na spacer to Młoda chciała obiad. Nic nam się nie zgadzało z tym planem! Po kilku dniach rzuciłam nim o ścianę.

Wróciłyśmy do naturalnych porządków ustalonych przez rytm Młodej. Trochę ja się dostosowałam, a trochę Młoda i stał się cud! Obie znalazłyśmy kompromis w „planie dnia”. Miał stałe elementy np. porę spaceru, ale był też elastyczny. Ja się nie stresowałam, a Młoda była dużo spokojniejsza. Czy dla innych dzieci plan dnia podziała? Pewnie tak! Dlatego polecam, aby przy każdej technice zastanowić się czy nie będzie nam kulą u nogi i czy na pewno pasuje do naszego trybu życia.

Pytanie #2 Czy technika wychowania wywołuje u mnie pozytywne odczucia?

krzyk

Naszą kolejną porażką były próby ucywilizowania snu Młodej. Wzięłam na tapetę metodę usypiania „3-5-7”. Chodzi mniej więcej o to, że spokojne niemowlę zostawiamy na 3 minuty w łóżeczku i wychodzimy. Jeśli płacze to wracamy po 3 minutach, krótko uspokajamy i znowu wychodzimy. Jak dalej płacze to wracamy po 5 a potem po 7 minutach. Znowu krótki przytulas, odłożenie i ucieczka. Wytrzymałam niecały dzień takich eksperymentów. Już po drugim odłożeniu Młodej wiedziałam, że coś tu jest nie tak. Młoda płakała w samotności jak szalona. A ja jej wtórowałam i ryczałam za drzwiami jak bóbr. Młoda od razu wyczuła, że zmuszam się do tych cyrków i tym mocniej wyrażała swoje niezadowolenie. Szybko zrozumiałam, że bez sensu jest stosować technikę, z którą sama się wewnętrznie nie zgadzam. Im mniejsze dziecko, tym lepiej rozpoznaje emocje. Więc, gdy wyczuje niepokój rodzica, to samo też nie będzie spokojne. I wtedy żadne techniki wychowania nie podziałają.

Pytanie #3 Czy rozumiem i potrafię stosować technikę?

Po pierwsze warto poczytać o danej metodzie u źródła. Nie tylko z internetowych artykułów, ale z opracowań autorów. Nie da się skrócić wszystkich myśli z książki do kilku stron maszynopisu. Artykuły, nawet te bardzo wartościowe, opisują metody i techniki wychowawcze pomijając różne niuanse, warianty czy zastrzeżenia dotyczące ich stosowania. Nie twierdzę, żeby od razu czytać wszystko co jest dostępne na półkach (w Empiku jest min. 300 pozycji). Ale jeżeli znajdziecie np. w Internecie jakąś technikę, którą „poczujecie” to warto dotrzeć do źródła, w którym opisuje ją autor. Ja miałam taki niedosyt po artykułach dotyczących empatycznej komunikacji z dzieckiem. Kiedy sięgnęłam po serię książek Adele Faber i Elaine Mazlish (np. najbardziej znana „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły”) zrozumiałam dużo lepiej ich podejście. W końcu nikt tak dobrze nie opowie o swojej metodzie, jak sam autor. Więc:

Warto czytać bo nie samą intuicją rodzic żyje.

Po drugie trzeba się zastanowić czy fizycznie potrafię zastosować daną technikę. Ja się sparzyłam na wszystkich technikach artystycznych np. na rysowaniu z dzieckiem emocji albo sposobów na rozwiązanie jakiegoś problemu. Po prostu mam do tego dwie lewe ręce. Kiedyś podjęłam próbę narysowania sposobów na to, aby Młoda pamiętała o wycieraniu brudnej buzi w chusteczkę a nie w ubranie (jedna z metod proponowanych przez Faber i Mazlish). Najpierw ustaliłyśmy wspólnie propozycje i ta część poszła gładko. Niestety potem miałam je symbolicznie narysować. Na drugi dzień nikt nie mógł rozpoznać moich hieroglifów. Rysunek ręki przypominał kaczkopodobne stworzenie a chusteczka – nieforemny płaszcz. Już wiem, że odpuszczę sobie wszelkie techniki wymagające rysowania, malowania, śpiewania i lepienia. Tak więc, nic na siłę. Technikę trzeba czuć i potrafić zastosować.

ksiazki o wychowaniu

Podsumowanie

Porady i techniki wychowania stosowane wbrew sobie nie podziałają. Z jednej strony warto czytać i szukać, z drugiej – warto ufać swojej intuicji w kwestii wychowania dziecka. Nie ma uniwersalnych przepisów, pasujących do wszystkich dzieci i rodzin. Jak większość rodziców zadaję sobie pytania, co jest dobre dla mojego dziecka i co pozwoli mu być szczęśliwym dorosłym. Szukam, sprawdzam, błądzę, naprawiam pomyłki wychowawcze. I jednocześnie ufam mojej intuicji – aby nie zwariować w rodzicielskim świecie porad.