Och Ty...

Rodzicielstwo bez filtrów

smutne dziecko

Słowa, które krzywdzą – czyli czego nie mówić do dziecka (część 1)

Wychowanie w lwiej części składa się ze słów. Zarówno tych zgrabnych, dobrze przemyślanych, jak i tych wypowiadanych w nerwach, których potem żałujemy. W słowach mogą tkwić pułapki, nad którymi nie zastanawiamy się na co dzień. Bo co groźnego może być w komentarzach typu „bądź cicho” albo „rysujesz najładniej na świecie”? Niby nic, a jednak… takimi słowami kształtujemy przyszłość dziecka. Jakie może mieć to konsekwencje? W tekście przytaczam często używane przez rodziców sformułowania, które mogą mieć „drugie dno”. Sprawdź więc, czego lepiej nie mówić do dziecka.

Zebrałam tutaj teksty rodziców – te, których samej zdarzyło mi się użyć oraz te podsłuchane u znajomych i nieznajomych osób. Niektóre z nich wypowiadane są w dobrej wierze, inne w porywie złości. Jeszcze inne mają za zadanie zapewnić święty spokój dorosłym albo wybronić ich z niezręcznej sytuacji. Wszystkie je łączy „pójście na skróty” przez rodziców, którym czasem nie starcza energii na rozmawianie o potrzebach i uczuciach.

Tekst podzieliłam na kilka części. W każdej z nich opiszę jedną grupę niebezpiecznych sformułowań, takich jak grożenie, porównywanie, ignorowanie uczuć czy zawstydzanie. Te słowa stanowią bariery komunikacyjne, które sprawiają, że:

  • dziecko czuje się gorsze i mniej kompetentne od dorosłego,
  • liczy się tylko perspektywa dorosłego, a nie dziecka;
  • potrzeby dziecka są ignorowane,
  • dziecku przypisywana jest etykieta (jest niegrzeczne, głośne, złe, itd.),
  • dorosły wyrzuca z siebie emocje, a uczucia dziecka są tłumione.

Bariera #1 Moralizowanie i wygłaszanie kazań

Zaczniemy od bardzo popularnej wśród dorosłych grupy słów. Nazwiemy ją MORALIZOWANIE I WYGŁASZANIE KAZAŃ. Wielu rodziców upatruje swojej misji w pouczaniu dzieci. Na każdym kroku wygłaszają mądrości płynące z pokoleniowej historii i ich doświadczenia. Najczęściej są to tzw. mądrości ludowe, czyli sformułowania, które wszyscy traktują jako prawdziwe, ale nikt nie wie skąd się one wzięły i co tak właściwe oznaczają. Każdy zwrot przedstawiam z perspektywy rodzica oraz dziecka. Żadna z tych perspektyw nie jest „prawdziwa”, to znaczy jest tylko jedną z możliwości przeżywania danych słów – tą niebezpieczną dla dziecka.

Od „Nie rób tego, bo…” do „A nie mówiłam?”

Perspektywa rodzica

Jako rodzice stąpamy po tym świecie wystarczająco długo (a na pewno dłużej niż nasze dziecko) żeby umieć przewidywać konsekwencje różnych zdarzeń. I WIEMY, że jak dziecko biegnie ze szklanką i nie patrzy pod nogi to zaraz będziemy zbierać odłamki. I WIEMY, że jak wejdzie za wysoko na drabinę to będzie się bało upadku. WIEMY też, że jak pociecha założy buty na odwrót to będą bolały ją nogi. Wiemy, bo widzieliśmy, przeżyliśmy i pamiętamy. Poza tym jesteśmy dorośli, racjonalni i umiemy dodawać dwa do dwóch. A nasze dziecko jeszcze tego nie potrafi. Więc chodzimy i jęczymy mu nad uchem „nie rób tego i tamtego, bo…”. A jak „to” się stanie to z satysfakcją udowodniamy dziecku, że jednak to my mieliśmy rację („A nie mówiłam, że tak będzie?”).

rozlana woda

Taki ten rodzic „mądry i nieomylny”, że aż miło posłuchać. Rodzic oczywiście działa w dobrej wierze, bo chce ochronić swoje dziecko przed niebezpieczeństwem i pokazać, że należy ufać w jego słowa. Ale dobrymi chęciami to… sami wiecie co jest wybrukowane.

Perspektywa dziecka:

Rodzice jak automat wykrzykują „nie wchodź tu, bo…”, „nie skacz tam, bo…”, „nie biegaj, bo…”. Dziecko w pewnym momencie już nie wie, co może robić, skoro wszystko jest niebezpieczne. I jak to u małego człowieka, słowa rodzica jednym uchem wpadną, drugim wylecą, nie zahaczając o zwoje mózgowe 😉. Więc dziecko robi, to czego mu nie wolno i odczuwa naturalne konsekwencje. A są nimi potłuczona szklanka, zdenerwowany rodzi; strach, że weszło za wysoko i ból stóp od noszenia niewygodnych butów. Do tego dochodzi dotkliwa kara,  kiedy rodzic udowadnia, że wie wszystko najlepiej. Dziecko może też poczuć się poniżone – przecież dokonało odważnego wyboru i zrobiło coś wbrew ostrzeżeniom rodzica. I zamiast zostać docenione za swe męstwo, słyszy, że jego doświadczenie jest nic nie warte bo to rodzic miał rację.

Co zamiast

Dzieci rzadko zapamiętują ostrzeżenia, które nie są poparte doświadczeniem. Dokładnie tak, jak to było u nas (ręka do góry, kto zawsze słuchał się rodziców). O ile więc nie widzimy bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia dziecka, to dajmy mu przeżyć coś samemu. Jak poczuje lęk wysokości to może drugi raz nie wejdzie tak wysoko na drabinę. A może przekona się, że strach ma wielkie oczy i wejdzie jeszcze wyżej. Nie sprawdzimy tego, dopóki nie zostawimy dziecku kawałka swobody. Ostrzeżenia są OK, ale chodzi w nich o to, żeby ochronić dziecko, a nie udowadniać kto w rodzinie jest najmądrzejszy.

I co w sytuacji, w której ostrzegamy dziecko a szklanka, z którą biegnie dalej jest cała? Wychodzi na to, że rodzic nie zawsze ma rację (co generalnie jest prawdą, chociaż niektórych to boli). Ze skrajnością miałam do czynienia pewnego dnia na placu zabaw. Mama, na oko czterolatka, krzyczała tak: „nie wchodź tak wysoko na drabinki bo spadniesz!”. A kiedy młodzieniec skakał po drabinkach jak rasowa małpka, mama z zacięta miną krzyczała „powtarzam ci, następnym razem spadniesz, zobaczysz!”. WTF? Może synek miał specjalnie spaść, żeby mama mogła sobie udowodnić, że miała rację…

Podsumowując, z pozoru banalne „a nie mówiłem?” podcina dzieciom skrzydła. Po co mają doświadczać świata, skoro rodzic wie najlepiej, jaki będzie tego efekt? Dziecko uczy się, że lepiej nie podejmować ryzyka i zdaje się na rady innych. A to nie zawsze w życiu będzie korzystne.

 „Za moich czasów miałabyś już przetrzepaną skórę”

Perspektywa rodzica

Z dostojnością podkreślamy, że nasze dzieciństwo było zgoła odmienne od tego, co teraz spotyka naszą pociechę. Bo za naszych czasów dzieci nie pyskowały, rodzicie nie musieli powtarzać dwa razy, pas miał walor edukacyjny a chleb nie pleśniał. Z „dumą” wspominamy, jak klapsy w goły tyłek wzmocniły nasz charakter. Po tylu latach „łatwo” zapomnieć o przerażeniu małego dziecka, które czeka na fizyczną karę od rodzica. Nasze dziecko musi więc zrozumieć, jaki ma luksus w czasach, kiedy bicie jest prawnie zabronione! A jak nie rozumie i jest niegrzeczne to budzi się pokusa, żeby zastosować stare, dobre przełożenie przez kolano…

pasek

Perspektywa dziecka

Dorośli rzadko opowiadają o swoim dzieciństwie. Dziecko nie ma więc zielonego pojęcia, o tym, co ich wtedy spotkało. Małe dzieci najpierw muszą pojąć ideę, że ich rodzice sami byli kiedyś mali. Starsze – mogą odebrać ten tekst jako chełpienie się wyższością ze strony rodzica. Bo ten „łaskawie” oszczędza upokorzeń, które kiedyś były tak powszechne. Na dłuższą metę może to doprowadzić do powstania nieświadomych wyrzutów sumienia u dziecka – bo rodzic nie miał tak łatwego dzieciństwa jak ono. Dodatkowo rodzic mówi, że przez to, iż żyją w odmiennych czasach spotykają ich zupełnie różne rzeczy. Podkreśla to różnice między nim a dzieckiem i może ich wzajemnie oddalać.

Co zamiast

Jako rodzice opowiadajmy o swoich doświadczeniach z przeszłości. Pozwólmy dzieciom zobaczyć nas na przestrzeni czasu. Miło jest obserwować jak kilkulatek ogarnia koncepcję, że mamę i tatę ktoś urodził. I że byli tacy malutcy jak ono samo i też kiedyś siusiali w pieluszkę. Dzięki temu dziecko zobaczy, że ma szansę stać się kimś tak dużym i mądrym jak rodzice. W opowiadaniach o przeszłości dobrze jest szukać nie tylko różnic („jak byłam dzieckiem to nie było Internetu”), ale i podobieństw („mama też uwielbiała bawić się w berka”). Pomoże to dziecku zidentyfikować się z rodzicami.

Czy opowiadać dziecku, o tym, że kiedyś nagminnie używało się pasa do wychowania? Na pewno nie warto tego robić, aby podkreślić, jak ciężkie mieliśmy dzieciństwo w porównaniu do dziecka. W takim przypadku służyłoby to wyłącznie rozładowaniu emocji rodzica. Raczej nie dam się przekonać, że dorośli tęsknią za tamtymi czasami. Doświadczenie bicia nadal żyje w wielu rodzicach, którzy albo stosują tę metodę, albo bywają o krok od podniesienia ręki na dziecko. Są to tematy do przepracowania przez rodziców i nie ma co angażować do tego dziecka. Podsumowując – pokazywanie tylko jednej strony tj. trudów naszego dzieciństwa, może sprawić, że na szczęściu naszego dziecka położy się cień wyrzutów sumienia.

„Nikt nie będzie cię lubił”

Perspektywa rodzica

Chcemy pokazać dziecku, że jakimś zachowaniem zniechęca do siebie innych ludzi. Boimy się, że rówieśnicy odrzucą dziecko, jeśli nie podzieli się z nimi zabawkami. Jeśli nie powie sąsiadce „dzień dobry” to ta uzna go za gbura. A kiedy odmówi pocałowania strasznej cioci z wąsami to zostanie zakałą rodziny. Rodzic, w dobrej wierze, chce ostrzec dziecko przed skutkami takich zachowań. Wyciąga więc broń ostateczną pod nazwą „NIKT” i „SYMPATIA”. Straszy dziecko, że jeśli nie dostosuje się do zasad to grozi mu odtrącenie przez cały świat. Na dodatek rodzic chce, aby dziecko było lubiane – najlepiej przez wszystkich. I wydaje mu się, że najprostszą strategią żeby to osiągnąć jest zgadzanie się na wszystko i „nie wychylanie się”.

Perspektywa dziecka

Rodzice ciągle mówią dziecku co ma robić. Że ma się uśmiechać do innych, nawet jak ma paskudny dzień i boli go ząb. Że ma się dzielić zabawkami, nawet gdy nie ma ochoty, bo dziewczynka z piaskownicy rzuca w niego kamieniami. Że musi całować się z ciocią, która drapie go zarostem i zostawia ślinę na policzku. Dziecko nie chce tego robić, ale wtedy słyszy, że inaczej nikt nie będzie go lubił. Brzmi to na tyle przerażająco, że postanawia się dostosować i z wymuszonym uśmiechem daje się obślinić ciotce. A z czasem, w obawie przed odrzuceniem, zupełnie zapomina jak się odmawia. Co będzie kiedy w przyszłości koledzy poczęstują takie dziecko papierosem? Nie odmówi, bo przypomni sobie słowa rodzica i zaciągnie się w imię bycia lubianym.

Co zamiast

Niektórzy dorośli noszą w sobie przekonanie, że ważne jest, aby wszyscy ludzie się lubili. Ale gdyby to było możliwe to nie mielibyśmy wojen, morderstw i kilku innych paskudztw. Takie przekonanie mocno ogranicza życie – ludzie uzależnieni od sympatii innych często nie są do końca szczerzy, żeby nie narazić się na odrzucenie. Mogą też tolerować niechciane zachowania ludzi na rzecz utrzymania dobrej atmosfery. Dlatego warto pokazywać dziecku, że ludzie są różni. Niektóre różnice łatwo jest zaakceptować, ale inne nas bardzo oddalają, a wtedy ciężko jest kogoś polubić. Poznawanie ludzi pozwala odkrywać „z kim nam jest po drodze”. Bo dążenie do bycia lubianym przez wszystkich jest destrukcyjne i w praktyce – niemożliwe do realizacji.

Rodzic: „Nie wolno tak robić”. Dziecko: „Dlaczego?”. Rodzic: „Bo tak” lub „Bo ja tak mówię”

Perspektywa rodzica

Rodzic chce, żeby dziecko nauczyło się respektowania zasad. Bo zasady są ważne w życiu. Dziecko musi ich przestrzegać w domu, a później w przedszkolu, szkole i pracy. W każdej relacji międzyludzkiej panują określone reguły. Dotyczą tego jak się zachowywać i ubierać. Określają co mówić, a co przemilczeć. Tłumaczenie każdej z tych zasad zajęłoby przecież całą wieczność. No i jak w prosty sposób wytłumaczyć dziecku, że nie wypada głośno nazywać kogoś grubym i brzydkim. Rodzic przyjmuje więc postawę „jestem dorosły, więc masz się mnie słuchać”. Informuje, że wie najlepiej jak ten świat działa. Ale nie chce lub nie potrafi podzielić się tą wiedzą z dzieckiem.

Perspektywa dziecka

Dziecko ciągle słyszy o zasadach. I trochę się w nich gubi. Bo rodzice oczekują szczerości wobec nich, ale przy obcych ludziach karzą uważać na słowa. W domu można chodzić w samych majtkach, a w przedszkolu już nie. W parku bieganie i krzyki są OK, a w sklepie trzeba być cicho. Jeśli dziecko dostaje tylko krótkie komunikaty „tego nie wolno robić” to nie zrozumie zasady, jaka stoi za nakazami i zakazami. Jeszcze gorzej, jeśli jego pytania „dlaczego?” pozostają bez odpowiedzi. Zatem jeśli rodzic często stosuje trik „bo tak” to w końcu dziecko „wytresuje” się do bezmyślnego słuchania poleceń. I w przyszłości może reagować automatycznie na polecenia – po prostu ich posłucha, zamiast pytać „dlaczego?”. A kiedy człowiek przestaje się zastanawiać i tylko słucha rozkazów… Historia zna takie przykłady i dla nikogo nie kończyły się one dobrze.

Co zamiast

Mało kto lubi wykonywać polecenia nie rozumiejąc ich sensu. A szczególnie dotyczy to dzieci, które dopiero uczą się przestrzegania reguł. Od początku warto więc wyjaśniać im powody, dla których coś jest zabronione a coś innego dozwolone. Kiedy dziecko pyta „dlaczego mam nie mówić do cioci, że jest brzydka, skoro jest?” to w rodzicach często narasta panika. Bo oni też sądzą, że ciocia nie grzeszy urodą, tylko za nic nie przyznają się do tego na głos. Zamiast tego mogą wykorzystać takie pytanie do podjęcia rozmowy o różnicach między ludźmi, o rozumieniu piękna na świecie i o tym, że cioci może być przykro po takich słowach. Na każde, nawet najbardziej niezręczne pytanie, istnieje odpowiedź dopasowana do wieku dziecka. I lepiej żeby rodzic napocił się nad wymyśleniem odpowiedzi, niż przyzwyczajał dziecko do bezmyślnego posłuszeństwa.

Wskazówki, jak radzić sobie z pytaniami dzieci znajdziecie tu:

  1. Dlaczego dzieci zadają pytania?
  2. Dziecięce pytania – jak sobie z nimi poradzić?
  3. „Dlaczego to zrobiłeś?” – o powodach zachowania dziecka

„Słuchaj się starszych”

Perspektywa rodzica

Rodzice przeżyli już wiele. Byli niemowlakami, przedszkolakami, uczniami, małżonkami, i tak dalej. Wierzą więc, że ich doświadczenie pozwala na dawanie rad młodszym pokoleniom. Czemu dzieci miałyby popełniać ich błędy? Lepiej żeby czerpały ze skarbnicy wiedzy dorosłych, potulnie słuchały i podążały ich śladem. Rodzic chętnie podpowie jak żyć – z kim się kolegować, jak ubierać, jakie studia wybrać oraz kogo poślubić. Oczywiście, znowu, wszystko w dobrej wierze. Tylko ta dobra wiara może zablokować osobiste dążenia dzieci, na rzecz realizacji wizji rodziców.

starosc

Perspektywa dziecka

Całe dzieciństwo to stopniowy i powolny proces uwalniania się od rodziców. Dziecko rodzi się w przekonaniu, że ono i matka to całość. Potem lekko panikuje, kiedy okazuje się, że mama to jednak odrębna istota. Następnie zabiera się za budowanie własnej tożsamości – od poznania swojego imienia do określenia tego kim chce być w życiu i co jest dla niego ważne. Dziecko najczęściej szuka siebie za pomocą zaprzeczania, że jest podobne do rodziców (dlatego nastolatki czują, że kompletnie nie rozumieją się ze swoimi „starymi”). Jak więc w takich warunkach dzieci mają słuchać rad starszych? Wbrew intencjom rodziców, ich rady mają często skutek odwrotny. Wtedy dzieci robią wszystko inaczej niż zalecają dorośli.

Rodzice mogą tak bardzo naciskać na posłuch, że dziecko w końcu się „złamie”. Przyjmie jako swoją maksymę, żeby słuchać się starszych, bo ci wiedzą lepiej. To niesie za sobą pewne nieoczywiste zagrożenie dla dzieci. Odruchowy respekt wobec starszych zwiększa ryzyko stania się ofiarą porwania lub innego niechcianego zachowania ze strony dorosłych. Nawet, jeśli uczulamy dziecko, żeby nie rozmawiało z obcymi, może wygrać zaufanie do sympatycznie wyglądającego dorosłego. Ku przestrodze – zobaczcie na filmiku, jak łatwo jest uprowadzić dziecko z placu zabaw w środku dnia:

Co zamiast

Bycie posłusznym wobec rodziców jest wpisane w rolę dziecka. Ten posłuch może być budowany w różny sposób – od rozwiązań siłowych do otwartego dialogu z dzieckiem. Budowanie autorytetu wyłącznie na argumencie „jestem starszy, więc wiem lepiej” jest rozwiązaniem na skróty i nie wspiera dziecka w budowaniu samodzielności. Poza tym nie wszystkich „starszych” należy w życiu bezmyślnie słuchać. Skoro więc mądrość przychodzi z wiekiem to dzielmy się nią z dziećmi. Niestety, ale każdy z nas musi nauczyć się życia na własnych błędach. Nie narzucajmy światopoglądu, ale jak najwięcej tłumaczmy dziecku, szczególnie małemu. Bo te małe jeszcze chcą nas słuchać. A ze starszymi bywa różnie…

„Nie przerywaj, jak dorośli rozmawiają”

Perspektywa rodzica

Wyobraźmy sobie scenkę – dorośli rozprawiają o poważnych tematach, zapewne pokroju etycznego wymiaru klonowania tkanek, kiedy przybiega pociecha i zaczyna mówić. Bo już teraz, natychmiast, potrzebuje pobawić się klockami. Co robi spora część dorosłych? Otrzepuje się ręką jak od irytującej muchy i mówi nieśmiertelne „nie przeszkadzaj, jak dorośli rozmawiają”. Zazwyczaj pierwsi mówią to rodzice, z nadzieją, że dziecko szybciutko się ogarnie i pójdzie się bawić samo. Będą mogli wtedy pokazać, jakie mają posłuszne dziecko. Gorzej, jak powie to rozmówca – wtedy rodzic czuje się złajany, bo to trochę tak, jakby razem z dzieckiem dostał reprymendę. Dorośli, we własnym towarzystwie, w iście magiczny sposób przestają słyszeć głosy dzieci.

smutna dziewczynka

Perspektywa dziecka

Po pierwsze dziecko jest bardzo zainteresowane tematami poruszanymi przez dorosłych. Używają oni nowych słów i rozmawiają o ciekawych rzeczach. Dlatego nawet jeśli pociecha niczego nie potrzebuje, to i tak znajdzie pretekst, żeby podejść i się wtrącić. Po drugie, dziecko po chwili rozmowy dorosłych zaczyna czuć się osamotnione, bo rodzic całą uwagę poświęca komuś innemu. Trzeba więc mu się przypomnieć i zaznaczyć „halo, ja też tu jestem!”. A rodzice zachowują się jakby nagle stracili słuch – dziecko coś mówi, ale nikt go nie słyszy. Albo dostaje komunikat, że ma nie przeszkadzać. I zachodzi w głowę, co złego stało się z jego rodzicem, który zazwyczaj ma dla niego czas i słucha. A kiedy przychodzi inny dorosły to wszystko się zmienia. Dziecko czuje się zagrożone, więc jeszcze bardziej walczy o uwagę… i znowu podchodzi z jakąś potrzebą… więc zabawa zaczyna się od nowa.

Co zamiast

Czy kiedy do rozmowy dorosłych chce przyłączyć się inny dorosły to mówicie mu, żeby nie przeszkadzał? Nie? To dlaczego dzieci co chwilę słyszą takie komunikaty? Czy to, co mówi dziecko jest mniej ważne od słów dorosłych? Najgorsze dla dziecka to zostać zignorowanym. Zaś najważniejsze – być usłyszanym. Nie chodzi więc o to, abyśmy przerwali rozmowę i z przepraszającą miną szli bawić się klockami, ale o to żebyśmy wysłuchali potrzeb dziecka i na nie odpowiedzieli. „Chętnie się z Tobą pobawię, jak skończę rozmawiać z wujkiem” to też odpowiedź.  

Komunikat „nie przerywaj, jak dorośli rozmawiają” uczy dziecko jeszcze jednej rzeczy. Że rozmowy dorosłych są ważne, a rozmowy dzieci nie. A może zamiast tego przemycić dziecku nieco zasad kultury. Można na przykład pokazać, że kiedy inne osoby rozmawiają, dobrze jest najpierw zgłosić, że chce się wtrącić. Że nieważne, czy rozmawiają dorośli czy dzieci, to trzeba poczekać na swoją kolej mówienia. I że przekrzykiwanie czyjejś rozmowy nie jest ok. My z Młodą powoli nad tym pracujemy. Na razie zapamiętała część nauk i powtarza „nie przerywaj mi kiedy mówię”. Problem w tym, że mówi cały czas… 😉

„Podziel się z kolegami”

Perspektywa rodzica

Rodzice wiedzą, jak miłe jest dzielenie się czymś z innymi. Szczególnie pokolenia lat 80 i młodsze pamiętają, ile znaczyło poczęstowanie kogoś czekoladą albo wyniesienie piłki na podwórko. Wielu rodziców, a także babć i dziadków, ma odruch dzielenia się. Odruch, który u wielu dzieci na placu zabaw wywołuje spazmy płaczu. Rodzic nie widzi problemu, żeby drugiemu dziecku pożyczyć wiaderko, którego aktualnie nie używa pociecha. Sam by tak zrobił, więc nie rozumie, dlaczego jego dziecko wpada w histerię. Dobrze by było, żeby rodzice czasami wyobrazili sobie, że ktoś przychodzi do ich domu i zaczyna wynosić ulubione przedmioty. „To tylko na chwilkę. Nie panikuj” słyszą. Niepokój, jaki wiąże się z takim odbieraniem rzeczy, dotyczy zaburzenia poczucia bezpieczeństwa i kontroli nad otoczeniem. I jest to mocno nieprzyjemnie uczucie…

Perspektywa dziecka

W rozwoju dziecka nie zmieniło się wiele w ciągu ostatnich dekad. Małe, kilkuletnie dzieci, nie lubiły i nie lubią dzielenia się swoimi rzeczami. Im mniejsze dziecko, tym silniejsze ma przekonanie, że to, co aktualnie znajduje się w jego ręku należy wyłącznie do niego. Wraz z dorastaniem rośnie jego świadomość własności, ale nie zmienia się odruch pilnowania swoich zabawek. Kiedy więc rodzic zamierza pożyczyć nieużywane wiaderko, to od razu narasta w dziecku potrzeba żeby właśnie nim się teraz bawić. Małe dziecko ma niewielką kontrolę nad światem, a składa się na nią między innymi zarządzanie swoimi zabawkami. Jeśli mu to odbieramy – to spodziewajmy się co najmniej histerii. Dopiero, mniej więcej, w wieku szkolnym dzieci rozwijają empatię na tyle, że chcą sprawiać przyjemność innym drobnymi gestami. Wtedy nasza pociecha zacznie oddawać innym dzieciom pieczołowicie przygotowane przez rodziców drugie śniadanie.

Co zamiast

Wielokrotnie widziałam, jak rodzice na placu zabaw samodzielnie rozporządzają zabawkami ich dzieci. Pożyczają je innym dzieciom, nawet pomimo głośnego sprzeciwu swojej pociechy. Mam do nich apel – jeśli daliście dziecku zabawki to uznajcie jego prawo do decydowania o ich wykorzystaniu (nie mówię o niszczeniu). Bo w końcu czyje to są przedmioty? U nas wygląda to tak, że jeżeli Młoda nie chce pożyczyć komuś swoich zabawek to jej nie zmuszam. Dużo rozmawiamy o tym, że innej osobie będzie miło, jak to zrobi. I zachęcam ją do tego, żeby sprawiać innym ludziom takie drobne przyjemności. Ale to zawsze jej decyzja. Często coś pożycza, ale czasami odmawia. Trudno – najwyżej nie będzie lubiana przez wszystkich rodziców na podwórku (bo dzieci między sobą radzą sobie z odmową nadzwyczaj dobrze). Wszystko sprowadza się więc do tego, aby słuchać dziecka i akceptować jego uczucia.

„Ucz się pilnie, bo inaczej będziesz rowy kopać”

Perspektywa rodzica

Znaczenie wykształcenia dla Polaków spada z roku na rok. Posiadanie dyplomu w dzisiejszych czasach ani nie jest czymś wyjątkowym ani nie gwarantuje sukcesu w życiu zawodowym (ciekawie na ten temat można poczytać np. TU – KLIK). Niemniej wielu rodziców nadal twierdzi, że tylko dobre stopnie w szkole zapewnią dziecku szczęście. Więc cisną i gniotą, przymuszają i zastraszają, przekupują i negocjują, karzą i nagradzają – wszystko w imię jak najlepszych ocen. Nie chcą żeby ich dziecko skończyło jako… i tu można wstawić dowolny zawód, jaki ma niski status w oczach rodzica np. robotnik, śmieciarz czy kasjer. Kiedyś usłyszałam wypowiedz ojca skierowaną do syna „ćwicz i biegaj bo skończysz jako nauczyciel”. Każdy zawód ma więc szansę „podpaść” rodzicom. Zdanie „ucz się pilnie, bo …” to przejaw troski rodziców o przyszłość dziecka. Pytanie tylko czy pomysł rodzica na jej kształt jest podobny do tego, co wymarzyło sobie dziecko.  

Perspektywa dziecka

Wyobrażenie kilkulatka na temat przyszłości jest, delikatnie mówiąc, mgliste. Przedszkolak mniej więcej rozumie, że coś zdarzy się za kilka godzin, a nawet sięgnie wyobraźnią do jutra. Ale takie koncepty jak tygodnie czy lata są jeszcze poza jego zasięgiem. Dorośli zaś uparcie pytają „kim chcesz zostać w przyszłości?”. I dziecko szczerze odpowiada: robotnikiem (bo Bob Budowniczy daje radę!), śmieciarzem (bo oni mają wielkie ciężarówki) albo kasjerem (bo zabawa w sklep jest super). Dorośli z niezadowoleniem kręcą głową i podrzucają z nadzieją „a może jednak lekarzem albo prawnikiem?”. Właśnie tak zaczyna kiełkować w dziecku niebezpieczna idea dzielenia ludzi na lepszych i gorszych – bo ktoś ma określony zawód albo zarobki…

Co zamiast

Rodzic, co do zasady, pragnie szczęścia dla swojego dziecka. Ma pewne wyobrażenie na temat jego przyszłości. Jeden chce, żeby wykonywało jakiś zawód, który dorosły uważa za szczególnie prestiżowy. Drugi pragnie, żeby dziecko zrealizowało jego niespełnione ambicje i zostało np. lekarzem (bo mama nie dostała się na studia medyczne). Jeszcze inny chce, aby dziecko nie popełniło jego błędów i nie skończyło jako zawodowy bezrobotny. Jednak oczekiwania rodziców nie powinny stawać dziecku na drodze do jego własnego szczęścia. A pokazywanie, że niektóre zawody są „gorsze” a inne „lepsze” ogranicza swobodę wyboru dziecka. Jak sądzicie, lepiej wychować zadowolonego z siebie sprzedawcę czy sfrustrowanego pracą lekarza?

„Nie pyskuj bo ci język uschnie”

Perspektywa rodzica

Rodzic oczekuje szacunku wobec siebie. W końcu jest rodzicem – spłodził albo wydał na świat potomstwo i teraz się nim opiekuje, niemało się przy tym trudząc. Jest też starszy i bardziej doświadczony. Więc jakieś minimum szacunku od młodszego pokolenia mu się należy z przydziału, prawda? Rodzice nie przepadają za asertywnymi dziećmi, to jest takimi, które nie wykonują posłusznie poleceń a kwestionują je, dopytują o ich celowość albo odmawiają. Takie dziecko może łatwo usłyszeć „nie pyskuj”, nawet jeśli tylko zapyta dlaczego ma coś zrobić. Inne dzieci bywają wprost aroganckie i prowokacyjne. Rzucą od czasu do czasu do rodzica „jesteś głupi/a” albo i gorzej. Rodzic bierze to mocno do siebie, traktuje jako osobista obrazę i odcina się („nie pyskuj, bo…”). 

wystawiony język

Perspektywa dziecka

W rozwój dziecka jest wpisane sprawdzanie granic wyznaczonych przez rodziców. Dzieci testują zachowania i słowa, na jakie mogą sobie pozwolić. Od czasu do czasu przekraczają granice, żeby upewnić się, że one nadal tam są. To daje im poczucie bezpieczeństwa. Ale jest męczące dla rodziców. Dzieci nie wiedzą kiedy trafią na moment, w którym rodzice są zmęczeni albo zajęci, słowem – mają mniej cierpliwości niż zazwyczaj. W takich sytuacjach nawet zwykłe słowa mogą wyprowadzić dorosłego z równowagi, a co dopiero próba sprawdzania granic. Dziecko często czuje się zagubione, bo nie wie czy rodzic zareaguje na nie spokojem czy gniewem. Jeśli chciało jedynie podyskutować z rodzicem a słyszy, że ma nie pyskować, to poczuje się pokrzywdzone. Jeżeli zaś wyzywało rodzica, to jedyne czego się uczy, że na „pyskowanie” reaguje się „pyskowaniem”.

Co zamiast

Wielu rodziców ma trudność przyznania się przed sobą, że przykre słowa dziecka ich bolą. Wolą zachować maskę obojętności i odbić piłeczkę krótkim „nie pyskuj…”. Zamiast tego można dziecku powiedzieć o uczuciach wprost „jest mi przykro, kiedy tak do mnie mówisz”. Taki komunikat często nie działa od razu, ale zaczyna przynosić efekty kiedy dziecko się uspokoi. Bo dzieci, i te mniejsze, i te większe, zazwyczaj nie chcą krzywdzić rodziców. Mogą walczyć o swoją autonomię, budować tożsamość albo testować granice i „przy okazji” rzucić jakiś krzywy tekst do rodzica. W takiej sytuacji najlepiej jest powiedzieć wprost o uczuciach i wspólnie poszukać innych sposobów na zaspokojenie potrzeb dziecka.

Jeżeli nam, rodzicom, zdarza się ucinać dyskusję z dzieckiem blokadami typu „nie pyskuj”, „nie wymądrzaj się”, „co Ty wiesz na ten temat…” to warto przyjrzeć się kiedy tak się dzieje. Może kiedy jesteśmy zmęczeni albo rozdrażnieni? A może kiedy nie wiemy co odpowiedzieć dziecku? Lub kiedy czujemy się zagrożeni, bo dziecko złapało nas na błędzie albo kłamstwie? Wtedy też warto rozmawiać wprost, o tym co się z nami dzieje. Że czujemy się zmęczeni, zagubieni czy popełniliśmy jakiś błąd. Bo zbyt duża ilość komunikatów blokujących rozmowę z dzieckiem zbuduje w końcu mur nie do przeskoczenia. A potem rodzice będą się zastanawiać, dlaczego nastolatki nie chcą z nimi rozmawiać…

Podsumowanie

Zapewne żadne z przytoczonych wyżej słów wypowiedziane raz albo nawet użyte sporadycznie, nie wpłynie negatywnie na przyszłość dziecka. Jednak jeśli rodzice stosują je na tyle często, że stają się one częścią ich metody wychowawczej – wtedy może być niebezpiecznie. Nie wszystkie opisane scenariusze muszą się spełnić, ale i tak warto się przyjrzeć czy nie używamy słów, które krzywdzą.

Previous

Koniecznie przeczytaj zanim zdecydujesz się na poród na Pomorzanach

2 Comments

  1. pislostan

    Jasny uj… Najlepiej nic nie mówić, bo przecież jakiś psycholek zawsze stwierdzi, że to szkodzi.

    • W takim razie… skoro nie można bić dzieci to może najlepiej w ogóle ich nie dotykać bo ktoś stwierdzi, że to szkodzi? Żadne skrajności nie są dobre. Na słowa warto uważać – ja zachęcam tylko do tego żeby zwracać uwagę co i dlaczego coś się mówi. Na szczęście istnieje tak wiele słów, że jest z czego wybierać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén