Bohaterami odcinka nr 2 „czego nie mówić do dziecka” są: doradzanie, instruowanie i wydawanie poleceń. Zatem, Drogi Rodzicu, czy policzyłeś kiedyś ilość poleceń, jakie wydajesz dziecku?

Ubierz buty. Nie te. Te cieplejsze. Ale nie tak. Na odwrót. Nie niszcz butów, najpierw musisz rozpiąć zamek. Nie szarp. Skup się. Zrób tak, jak cię uczyłam. Uspokój się, nie ma powodu do krzyku. Nie rzucaj butami. Przynieś je. A teraz od początku…”

W ilu przypadkach wyjścia z domu tak wyglądają? Potok słów jest dla dziecka równie ciekawy, jak dla nas czytanie instrukcji do odkurzacza. Mózg się „wyłącza”- bo ile poleceń na raz jest w stanie przyswoić kilkulatek? Ale powiecie zaraz, że przecież rodzic jest od tego żeby mówić dziecku, co ma robić. Tak jakby… bo diabeł, jak zawsze tkwi, w szczegółach.

Zapraszam do zapoznania się z pierwszą częścią wpisu TU: Słowa, które krzywdzą – czyli czego nie mówić do dziecka (część 1)

Bariera #2 Doradzanie, ostrzeganie i instruowanie

Przejdźmy od razu do konkretów – jakie „rady” rodziców są wątpliwie skuteczne, jak reagują na nie dzieci i w końcu… czy można zrobić to inaczej?

„Nie wchodź tak wysoko, bo spadniesz”

Perspektywa rodzica

Przeciętny rodzic pragnie, aby jego dziecko było bezpieczne. Dlatego uważnie je obserwuje i, niczym zawodowy analityk, kalkuluje ryzyko. Jak na jednym z wielu obrazku z placu zabaw:

Rodzic widzi wspinające się na drabinkę dziecko i krzyczy: „nie wchodź tak wysoko bo spadniesz!”. Przestraszona pociecha schodzi* z rozczarowaniem w oczach. Rodzic siada na ławce zadowolony, bo „zapobiegł” tragedii. Kurtyna.

*w ekstremalnej sytuacji – spada. Na własne oczy widziałam, jak mama tak przeraźliwie krzyknęła „zejdź stamtąd”, że dziecko podskoczyło i przerażone spadło.

Rodzic może ostrzegać dziecko też z innych powodów. Bo na przykład nie chce zostać źle oceniony. Jeśli dziecko zrobi sobie krzywdę, to zaraz ktoś uczynny przylepi mu łatkę złego opiekuna. W końcu inni ludzie tylko czekają, żeby nas przyłapać na błędach. Kiedy dziecko fajnie sobie radzi to inni są gotowi pochwalić: jaka sprawna jest nasza pociecha. Ale jak my pozwolimy mu zrobić coś niebezpiecznego i dziecku coś się stanie, to jesteśmy z automatu „najgorszymi mamami/tatami na świecie”. Bo innych za łatwo się ocenia, ot co.

Perspektywa dziecka

Dziecko czuje wiatr we włosach i wspina się coraz wyżej. Widzi, że za chwilę zdobędzie szczyt. Dla niego zwykła drabinka na placu zabaw to istne Mount Everest. Brnie więc do przodu, nie zważając na przeciwności – porywisty wiatr, śnieg na twarzy i rodzica krzyczącego z dołu „nie wchodź tak wysoko, bo spadniesz”.

mount everest

Dziecko może zignorować słowa rodzica, zaryzykować i sięgnąć wierzchołka. Nawet jeżeli grozi mu za to kara, to nie analizuje teraz konsekwencji (jest przecież dzieckiem, a one rzadko myślą o przyszłości – szczególnie tej przykrej). Dziecko może też po prostu nie słyszeć rodzica. Silne emocje naprawdę kasują umiejętność logicznego myślenia i skupiają percepcję na interesującej aktywności. Sami sprawdźcie – jak reaguje wasze dziecko na próby rozmowy podejmowane podczas oglądania jego ukochanej bajki? Albo spróbujcie nie myśleć o sytuacji, w której przed chwilą ktoś was porządnie wku… rzył.

Ostatnia z możliwości, tak „pożądana” przez rodziców, to sytuacja, w której dziecko grzecznie słucha się poleceń. Schodzi z drabinki. Dziecko zyskuje aprobatę dorosłego, ale traci szansę na właściwą nagrodę – zdobycie szczytu. Jeśli młody człowiek jest ciągle nagradzany za rezygnację ze swoich zamierzeń i poddanie się woli rodzica to… tak mu zostanie. Jest duża szansa, że w dorosłym życiu będzie poszukiwał innych głosów, autorytetów i przełożonych, które będą mówiły mu co i jak ma robić.

Co zamiast

Obite „cztery litery” na piasku, to dla rodzica ciężki widok, ale dla dziecka ważna nauka. Ryzykowanie czasem boli, ale często przynosi satysfakcję. Jeżeli nie wiesz na 100%, że dziecko sobie nie poradzi to spróbuj ugryźć się w język i dać mu spróbować czegoś nowego, nawet lekko bolesnego. Chronienie dziecka to nie tylko eliminowanie zagrożeń, ale przede wszystkim nauka ich oceniania i radzenia sobie z nimi.

Jeśli chcesz sprawdzić czy jesteś mocno chroniącym rodzicem to odpowiedz na następujące pytanie. Widzisz rękę twojego dziecka zbliżającą się do gorącego kubka. Co robisz:

  1. rzucasz się na ratunek, krzycząc „nie dotykaj, bo się oparzysz”,
  2. ze spokojem pozwalasz dziecku dotknąć gorący przedmiot z nadzieją, że jak raz się sparzy to zapamięta,
  3. informujesz dziecko, że kubek jest gorący, więc jeśli go złapie to się poparzy i będzie bolało. Jeśli dziecko się upiera, to asekurujesz go, aby delikatnie dotknął kubka palcem.

W przypadku reakcji „a” ręka jest cała, ale nie wiesz czy następnym razem dziecko nie sięgnie po kubek, gdy nie patrzysz. W końcu zakazany owoc smakuje najlepiej. Wybór opcji „b” wydawałby się dobry, gdyby nie był związany z ryzykiem poważnych oparzeń i wizyty na SOR.  W odpowiedzi „c” osiągamy kilka celów na raz – dziecko otrzymuje informację o zagrożeniu i może samodzielnie wybrać czy chce się na nie narazić, my zaś kontrolujemy sytuację i czuwamy nad bezpieczeństwem akcji. Mniej więcej na tym polega wspieranie samodzielności przy jednoczesnym stawianiu granic.

 „Nie rób tego, jesteś jeszcze za mały”

Perspektywa rodzica

W codziennym pędzie rodzicom umyka to, jak szybko rosną ich dzieci. A te już dawno mogłyby robić sobie kanapki lub same myć zęby – gdyby tylko rodzice znaleźli czas na naukę tych umiejętności. Samodzielność dziecka ma to do siebie, że często ujawnia się w „złym” momencie np. gdy spieszymy się do pracy. Dziecko chce wtedy „samo, samo”, co bywa irytujące. Rodzic ścina więc te zapędy krótkim „nie teraz” albo „zostaw, jesteś na to za mały”. I łatwo mu się wtedy usprawiedliwić, bo przecież szoruje dziecku zęby dla jego dobra. I oczywiście zacznie je uczyć… ale od jutra, w wolnej chwili, kiedy będzie mniej zmęczony, itd.

Kiepską sytuację mają też dzieci, których rodzice nie uczą nowych rzeczy ani nie tłumaczą świata. Ale jednocześnie mają pretensje o to, że dziecko czegoś nie potrafi. Dzieci nie uczą się ubierania, mycia zębów, „czystego” jedzenia w jakiś magiczny sposób. Uczą się dokładnie tak jak dorośli – głównie poprzez obserwację oraz metodę prób i błędów. Więc, rodzicu, jeżeli denerwujesz się na dziecko, że czegoś nie potrafi samo zrobić, to najpierw:

  • upewnij się, że wytłumaczyłeś dziecku jak to zrobić,
  • sprawdź czy pokazałeś dziecku jak to zrobić,
  • zapewnij, aby dziecko wiedziało po co ma to zrobić (ten punkt często umyka rodzicom). Tak, należy wytłumaczyć dziecku po co ma myć zęby i po co jemy obiad z talerza, a nie ze stołu,
  • zorganizuj warunki do ćwiczenia – bez presji czasu i rozpraszaczy (np. grającego telewizora obok).

Perspektywa dziecka

Kilkulatek widzi dorosłych jedzących obiad z porcelanowych talerzy. Dorosłych, których tak bardzo chce naśladować. Tych samych, którzy powtarzają mu co rano, że jest już na tyle duży, aby sam zakładał spodnie. Sięga więc do szafki po porcelanowy talerz, ale zaraz słyszy „stój, jesteś na to za mały”. I trochę się gubi. Bo na pewne rzeczy jest „za mały”, a inne już powinien sam robić. Dziecko będzie chciało udowodnić, sobie i rodzicom, że da radę. I zapewne, w chwili nieuwagi opiekunów, złapie za upragniony przedmiot. Jeśli zrobi to bez asysty rodziców to z porcelanowego symbolu dorosłości mogą szybko pozostać tylko odłamki.

porcelanowy talerz

Co zamiast

Po Internecie krąży dużo „kalendarzy rozwojowych”. To te, w których mamy rozpisane miesiąc po miesiącu, co powinno umieć nasze dziecko. Są one jakąś wskazówką, ale nie można ich sztywno stosować do każdego dziecka, które przecież ma własne tempo rozwoju (kto ma dwójkę i więcej dzieci, wie o czym piszę). Na dodatek taki kalendarz jest tym mniej dokładny, im starsze jest dziecko. Można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że miesięczne dziecko podniesie główkę na kilka sekund, a trzymiesięczniak utrzyma ją minutę. Ale nie można tak łatwo stwierdzić czy dwulatek powinien samodzielnie zasypiać i zakładać skarpety.

Pozostaje nam uważnie obserwować dziecko i od czasu do czasu sprawdzać, na co już jest gotowe. Dzieci w tej kwestii nie różnią się wiele od dorosłych. Najlepsze zadania dla nich to te, które wykorzystują posiadane już umiejętności i uczą przy okazji czegoś nowego. Czyli np. zadania z elementem ryzyka: mniejszego, polegającego na tym, że dziecko umyje samodzielnie zęby niedokładnie lub większego, gdy ryzykujemy rozbiciem rodowej porcelany.

W co zamienić „jesteś na to za mały”, aby wspierać dziecko? Najprościej jest nazwać to coś, czego według nas, dziecku brakuje do samodzielnego wykonania czynności. Może brakować np. cierpliwości (bo z talerzem chodzimy pooooowoli) lub równowagi (żeby nie spadać z krawężnika). I to jest punkt wyjścia do pracy nad nowymi umiejętnościami. Teraz wystarczy zaproponować odpowiednie ćwiczenia np. chodzenie z plastikowymi naczyniami po wyznaczonej trasie czy stanie na jednej nodze. Dzięki temu dziecko wie konkretnie, co musi zrobić, aby mogło „samo, samo”.

„Zachowuj się”

Perspektywa rodzica

Czasami chcemy wypaść wyjątkowo dobrze. Na przykład przed osobami, na opinii których nam bardzo zależy. Jeśli mamy przy sobie dziecko, to chcemy żeby zachowywało się jak najlepiej („grzecznie”). Część osób uważa, że zachowanie dziecka świadczy o nich, o tym jakimi są rodzicami. Kiedy dziecko zaczyna dokazywać, to ci rodzice traktują to bardzo osobiście. Pada wtedy wysyczane przez zaciśnięte zęby „zachowuj się”. Często doprawione sztucznym uśmiechem i zmrużonymi oczami, wyrażającymi groźbę. Bo dziecko powinno się tu i teraz opamiętać, bez zbędnych tłumaczeń.

Perspektywa dziecka

Dziecko czuje, że rodzic jest spięty przy nowych znajomych i żeby odzyskać poczucie bezpieczeństwa zwraca na siebie jego uwagę. Albo zostało zaciągnięte na nudne spotkanie towarzyskie, gdzie są sami dorośli. Nie może mówić, bawić się, przesuwać mebli, skakać po kanapie, gonić kota, ani rysować po książkach. Nie ma co ze sobą zrobić, a wymuszona nuda jest najgorsza. Dziecko ma ochotę czymś się zająć, ale nie może. Wyrzuca więc z siebie zgromadzone napięcie i np. sprawdza każdą aktywność, której rodzic jeszcze nie zdążył zakazać.

złość dziecka

Będąc w szpitalu z Młodym widziałam jeden z najsmutniejszych obrazków z dzieckiem w roli głównej. W odwiedziny do młodej mamy przyszedł tata z rodziną i starszym synkiem, 7-8 lat. Wszyscy piali z zachwytu nad maleństwem, ale nikt nie interesował się starszym dzieckiem. Był przestawiany jak przedmiot i ciągle pouczany: żeby nie zasłaniał noworodka, nie dotykał łóżka, nie kręcił się pod nogami, nie grał na telefonie, nie spacerował po pokoju a nawet, żeby nie patrzył się na inne mamy. Kiedy chciał usiąść na fotelu dostał burę i padło „zachowuj się, bo… (i tu jakaś kara)”. Mam tylko nadzieję, że takie okoliczności poznania młodszego rodzeństwa nie zepsują ich przyszłej relacji.

Co zamiast

Dziecko nie jest miniaturowym dorosłym. Różni się od nas między innymi umiejętnościami radzenia sobie z bodźcami i stresem. Kiedy dookoła dzieje się zbyt wiele rzeczy albo odczuwa silne emocje to przestrzeganie reguł może mu po prostu „umknąć”. Nie ze złej woli czy „na złość”, ale przez to, że (powtórzę się) emocje osłabiają myślenie logiczne. Dlatego trzeba cierpliwie, konkretnie i stanowczo, ale łagodnie odwoływać się do ustalonych zasad.

Zasady powinny być wyrażane konkretnie. Dzieci nie rozumieją retoryki, metafor i innych językowych sztuczek. Dlatego lepiej nie mówić do małego dziecka, które stłukło talerz „no brawo ty”. Może to odebrać dosłownie. Młoda lubi sobie oglądać książeczki przed snem a mi wyrwało się kiedyś na odchodnym „nie siedź za długo”. Od razu poprawiła mnie, że przecież ona leży, a nie siedzi. Podobnie jest ze zwrotem „zachowuj się”. Ono nic dla dziecka nie znaczy. Jest też duża szansa, że odbierze je dosłownie, czyli zacznie coś robić. Niekoniecznie to, co spodoba się rodzicowi. Starsze dzieci, około wieku szkolnego, uczą się, że słowa mają wiele znaczeń. Ale do mniejszych szkrabów mówmy konkretnie – co nam się nie podoba i czego oczekujemy w zamian.

Podsumowanie

Tytuł posta jest oczywiście nieco przewrotny. Nie ma katalogu słów, które na 100% skrzywdzą dziecko. Zresztą, w wychowaniu mało co jest możliwe do przewidzenia na 100%. Wszystko zależy od tego, z jaką intencją, z jakimi emocjami, z jaką częstotliwością powtarzamy dziecku różne rzeczy. Większość rodziców ma silne naleciałości wyniesione z własnego domu rodzinnego. I, o ile, jesteśmy dojrzałymi, odpowiedzialnymi dorosłymi, pewnymi swojej wartości, świetnie odnajdującymi się w rzeczywistości – to super. Ale moje doświadczenie pokazuje, że zazwyczaj jest coś nad czym można popracować. Z korzyścią i dla rodzica i dla dziecka.

Z moimi dzieciakami staram się trzymać myślenia, które sprawdza się nam na co dzień:

W radach nie ma nic złego, o ile uznaję, że ktoś może ich nie posłuchać. W przeciwnym razie to nic innego, jak ukryte polecenia.

ochty.pl

Instruowanie nie jest błędem, o ile akceptuję, że dziecko może chcieć zrobić coś po swojemu. Powinno mieć możliwość testowania własnych rozwiązań, nawet jeśli czynność trwa dłużej albo robi się przy tym większy bałagan.

OCHTY.PL

Ostrzeganie przed zagrożeniami jest konieczne, ale powinno pozwalać na wybór ryzyka. Dziecko musi nauczyć się rozpoznawać i dokonywać wyboru pomiędzy bezpieczeństwem a niebezpieczeństwem. Ryzykowne rozwiązania są często bardziej rozwojowe i przynoszą większą nagrodę.

OCHTY.PL